Znak graficzny IEŚW

Studia i Komentarze
Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej
nr 11

Czasopismo online Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej

ISSN 1689-5762

Rok założenia: 2008

Rozbiory Polski i geopolityka końca XVIII wieku

Upadek Rzeczypospolitej Polskiej w wymiarze narodowym miał nieobliczalne konsekwencje i jako taki stał się wiodącym problemem w historii Polski i Polaków. W wymiarze międzynarodowym był i wciąż jest odbierany jako zjawisko geopolityczne o określonych skutkach na forum europejskim, na którym panowały zimna kalkulacja i planowanie działań stricte politycznych, w ramach których w późniejszym czasie sprawę polską można było skutecznie wykorzystywać jako argument w realizacji własnych interesów.

Analizując zagadnienie z narodowego punktu widzenia, należy podkreślić jego wielowymiarowość, którą w znacznej mierze nadała mu literatura romantyzmu. Rozpacz z powodu utraty niepodległości musiały złagodzić mesjanistyczne wizje przypisujące nadludzką moc narodowi walczącemu o słuszną sprawę. Cierpiący za innych „Winkelrid narodów” miał do spełnienia misję wyzwolenia wszystkich ciemiężonych, wlewając w ich serca otuchę i wskazując drogę wiodącą do szczęśliwej przyszłości.

Literackie i publicystyczne wizje niewiele zdawały się mieć wspólnego z rzeczywistością kształtowaną przez ówczesną politykę. Oskarżenia osiemnastowiecznych polityków o hipokryzję, czy to polskich, czy zagranicznych, lansujących wizerunek wolności i zarazem depczących ją z pełną świadomością czynu, są tyleż warte, co współczesne utyskiwania na diametralne rozchodzenie się dróg między politycznymi deklaracjami a tworzonymi faktami. Jakże bardzo mylili się oświeceniowi liberalni myśliciele – jak Immanuel Kant – dla których postęp miał wieść ludzkość ku demokratycznemu pokojowi i współistnieniu narodów wybierających do najwyższych kręgów władzy ludzi wykształconych i posiadających głębokie przekonanie o swojej misji.[1]. Bardziej adekwatne wydają się koncepcje realistów, dla których słowa „pokój” czy „pokojowe współistnienie” to rezultat równowagi sił i wspólnego interesu w jego utrzymaniu. Tym samym sprowadzają oni politykę do czystej gry sił, a jej rezultat zależy nie tyle od możliwości militarnych, co sztuki dyplomacji, mającej od czasów powstania państw nowożytnych doniosłe znaczenie w relacjach międzynarodowych.[2]

Geopolityczna konfiguracja sił w Europie Środkowej zaczęła ulegać zmianom w drugiej połowie XVII w. Gasnącemu światłu potęg szwedzkiej, tureckiej i polskiej towarzyszył wzrost potencjału rosyjskiego. Ten jeszcze w XVII w. zacofany kraj dzięki Piotrowi I wszedł na drogę reform wewnętrznych, by przystąpić do realizacji wielkich celów w polityce zagranicznej. Proces upadku państwa polskiego nie zaczął się w XVIII stuleciu, ale już wiek wcześniej, na co złożyły się wojny połowy XVII w.[3] Wraz z nimi postępował rozkład systemu politycznego i rację ma Ludwik Kubala obwiniający króla Jana Kazimierza o „sprzedawanie najwyższych godności i urzędów niegodnym (...)”, z czego wyniknąć musiał nagminny później proceder zrywania sejmów.[4] Opinia to bardzo osobista i z pewnością wymagająca szerszego studium, chociażby ponownego zbadania sprawy Radziejowskiego. Niemniej w historii swe niechlubne miejsce zaznaczył w ten sposób Jan Siciński, poseł z Upity, który krzyknąwszy veto w 1652 r., doprowadził do tego, że sejm rozjechał się nie powziąwszy żadnych decyzji w sytuacji tak znacznego zagrożenia państwa. Jednakże, jak pisze wybitny polski historyk Ludwik Kubala, stereotyp liberum veto jako zasady, którą na sali obrad głośno artykułować miał jeden poseł, wypacza jej rzeczywisty charakter: „Nie należy mniemać, żeby protestacja jednego posła mogła była rwać sejmy w Polsce. (...) Przodkowie nasi w XVII wieku nie byli pozbawieni rozumu, aby dobro całej ojczyzny robili zależnym od zachcenia jednego ladajakiego człowieka. Słowo nie pozwalam w ustach pojedynczego posła nie miało żadnego znaczenia, jeśli poza nim nie stała liczna frakcja, która protest uznała. (...) Zrywano sejmy od r. 1536 i od tego czasu do rozbioru 70 kilka sejmów nie doszło. Rwano je z początku rzadziej, potem częściej; nastały wreszcie takie czasy, kiedy ludzie doszłych sejmów nie pamiętali (...).[5] Wywody te pozwalają na konkluzję, iż przyczyna nadmiernego stosowania liberum veto leżała w stopniowej degeneracji systemu społecznego, w dużej mierze dzięki degradacji ekonomicznej średniej szlachty i powstaniu wielkich oligarchii magnackich.[6] Niewiele czasu musiało upłynąć, by za sprawą Jana Przebendowskiego na tronie polskim zasiadł monarcha o wybujałych aspiracjach dynastycznych, starający się je zrealizować w oparciu o upadającą Rzeczpospolitą. Na marginesie warto dodać, iż dokonana w 1669 r. elekcja Michała Korybuta Wiśniowieckiego, „króla Piasta”, przeprowadzona głosami średniej szlachty będącej w całej pełni świadomą „talentów” potomka wielkiego księcia Jeremiego, była aktem złośliwości wobec magnata Jana III Sobieskiego.[7] Jeśli jego wybór potraktować jako wyraz chęci ratowania Rzeczypospolitej, a z całą pewnością kandydatura ta była najlepsza z możliwych, to trzeba przyznać, że w ówczesnej sytuacji zwycięzca spod Wiednia niewiele mógł już uczynić. Gra toczyła się nie o królewską osobę, lecz o system, w którym przyszło mu sprawować rządy. August II Mocny okazał się idealnym partnerem dla Piotra I i choć Wettin nie krył swych planów rozbiorowych, co przecież dogłębnie omawiano w Rawie Ruskiej podczas spotkań obu monarchów, w sukurs planom polskiego króla przychodził rozkład społeczny państwa, a zwłaszcza wojny oligarchów magnackich, czego dobitnym przykładem stały się stosunki panujące na Litwie, gdzie potężny ród Sapiehów zaktywizował przeciwko sobie inne rody magnackie (m.in. Wiśniowieccy, Pocieje, Ogińscy, Radziwiłłowie), czego punktem kulminacyjnym była bitwa pod Olkiennikami (1700), a jej konsekwencją złamanie raz na zawsze dominacji Sapiehów.

W historii daty mają jedynie znaczenie orientacyjne, ale analiza procesów to przede wszystkim badanie logicznego ciągu faktów. W przypadku rozkładu państwa polskiego rok 1717 należy uznać za datę umowną. Tak zwany sejm niemy, choć przeprowadził pewne pozytywne reformy, to de facto obniżył stan liczebny wojska polskiego do 10-12 tys. (skandalicznie mało jak na tak duże państwo), a złożony pod uchwałami podpis kniazia Dołhorukiego wyrażał tylko nową epokę relacji Polska-Rosja: bez zgody tej ostatniej „uchylenie przestarzałych przepisów 1717 r. okaże się niepodobieństwem”.[8] Rosyjskie pośrednictwo w konflikcie król-magnateria miało bardzo silny wydźwięk propagandowy. Dowodziło, że postępujący rozkład społeczny i polityczny państwa polskiego wymaga protekcji rosyjskiej, gwarantującej bezpieczeństwo i praworządność Rzeczypospolitej.

Proces ten był jednak o wiele bardziej skomplikowany. Wciągnięcie Polski w Wielką Wojnę Północną ze Szwecją (1701-1721) kompletnie pogrążyło państwo w zapaści gospodarczej, doszczętnie zmanierowało je politycznie poprzez przywożenie „w teczce” nowego króla, skądinąd bardzo później pozytywnie zapisanego na kartach historii, Stanisława Leszczyńskiego, doprowadzając do rozgrywki dwóch podmiotów (Szwecji Karola II i Rosji Piotra Wielkiego) o tron polski. Polska anarchia, mająca w świecie zachodnim wielu przeciwników, ale i wielu zwolenników, wychwalających ustrój jako najbardziej powściągający samowolę władzy monarszej (Jean Jacques Rousseau), to kompletny paraliż władzy ustawodawczej i wykonawczej przy całkowitym rozpasaniu magnackiej samowoli.[9] Na efekty nie trzeba było długo czekać. Traktat Löwenwolda z 1732 r., znany pod nazwą traktatu trzech czarnych orłów (Austria, Prusy i Rosja), precyzował zasady interwencji i ingerencji w wewnętrzne sprawy Rzeczypospolitej poprzez utrzymanie wolnej elekcji i liberum veto. Następstwem była kolejna wolna elekcja 1733 r. i poparcie przez późniejsze mocarstwa rozbiorowe Augusta III przeciwko, zwycięskiemu pod względem liczby głosów, Stanisławowi Leszczyńskiemu. Wojna o sukcesję polską miała znaczenie dla konfiguracji politycznej w tej części Europy. Na tronie polskim zasiadł indolentny August III. Jedynym pocieszeniem w tej tragedii może być tylko to, że swymi marnymi cechami charakteru obdarował w równym stopniu tron polski i saski. Kolejna elekcja Stanisława Augusta Poniatowskiego nie nastręczała już żadnych komplikacji, albowiem jako jedyny kandydat, popierany zresztą przez Rosję, bez trudności uzyskał trzeszczący w posadach tron znajdującego się w rozkładzie państwa.

Stan wewnętrznego upadku państwa rzutował na jego sytuację na forum międzynarodowym. Jak na ironię losu, gwarantem jego terytorialnej integralności pozostawała Rosja, oczywiście nie ze względów humanitarnych. Petersburg ustami ministra spraw zagranicznych Nikity Panina wyrażał przeświadczenie o ryzykownej konfiguracji, w ramach której mogłoby dojść do dzielenia wspólnej granicy z Prusami czy Austrią. Utrzymanie Polski jako państwa satelickiego, w którym stacjonowały wojska rosyjskie, pozwalało na skuteczną obronę zachodnich rubieży monarchii carskiej oraz ewentualne szachowanie Prus i Austrii, które zawsze niechętnie spoglądały na Rosję powiększającą swe zdobycze terytorialne kosztem Turcji. Szukanie rekompensaty terytorialnej było w ówczesnym świecie niekwestionowaną normą, toteż spychanie Turcji na południu rodziło obawy Wiednia i Berlina coraz częściej spoglądających na wielką obszarem, a głęboką rozkładem Rzeczpospolitą. Z drugiej strony nie wolno zapominać, iż walczące o wpływy stronnictwa sejmowe były w pełni świadome potrzeby dogłębnych reform ustrojowych. Te zaś były możliwe jedynie dzięki poparciu, a przynajmniej przychylnej postawie sąsiednich mocarstw, zwłaszcza Rosji, na której kalkulacje swe opierał obóz Czartoryskich.

Tym razem jednak to sprawy wewnętrzne w Polsce zaktywizowały mocarstwa. Nie chodzi tu o pierwsze głosy reform płynące z ust tak znamienitych pisarzy jak Stanisław Konarski. Rutynowa już ingerencja w obrady sejmowe ze strony ambasadora rosyjskiego Repnina i nakręcenie sprawy dysydentów musiały w rezultacie doprowadzić do wybuchu wielkiego zrywu szlacheckiego w postaci konfederacji barskiej.[10] Pogłębiło to tylko stan anarchii w państwie, a jego rozkład miał usprawiedliwić agresywne postępowanie dyplomacji mocarstw, zwłaszcza Austrii i Prus. Przesunięcie słupów granicznych i zajęcie Rusi Czerwonej (później znanej pod nazwą Galicji) przez Austrię uwolniło długo skrywane pruskie apetyty na Pomorze Gdańskie. Od 1770 r. w Petersburgu toczyły się już negocjacje rozbiorowe. Zmuszało to Rosję do partycypacji w procesie, który bynajmniej nie był jej na rękę, stąd zresztą oderwanie od Polski obszarów o znikomym znaczeniu strategicznym czy gospodarczym.

Niewątpliwie I rozbiór poprawił sytuację geopolityczną Prus, okalających teraz Rzeczpospolitą od północy, zachodu i południa (w wojnie śląskiej 1740 r. uzyskały cały ten obszar). Polityka międzynarodowa okazała się mieć jednak znacznie większe znaczenie. Na drodze do pozyskania Gdańska stanęła dyplomacja brytyjska, dla której wejście w posiadanie tego znaczącego portu przez prężnie rozwijającą się monarchię pruską oznaczało zbytnie wzmocnienie jej potencjału i możliwości rozciągania swej kontroli na obszar Morza Bałtyckiego. W istocie nie miało to większego znaczenia, ponieważ Prusy dość łatwo poradziły sobie z tym problemem, narzucając Polsce gigantyczne opłaty celne za spław towarów Wisłą i Motławą przez ten wielki port. Istotne jest jednak to, że Rosja miała teraz gwarantować niepodzielność ziem Rzeczypospolitej. Okrojone terytorialnie i uzależnione od Rosji państwo było w pewnym sensie chronione przez wschodniego sąsiada, który skutecznie mógł odeprzeć dalsze zakusy terytorialne Habsburgów i Hohenzollernów.

Kluczem do zrozumienia pozostałych dwóch rozbiorów są w dużej mierze wewnętrzne sprawy państwa polskiego. Reformatorska gorączka, jaka ogarnęła wówczas warstwy oświecone, zdawała się być odruchem naturalnym, ratującym upadającą państwowość. Niemniej, na co wskazywał w swym studium nad Konstytucją 3 maja Jerzy Łojek, wybrano czas całkowicie nieodpowiedni, choć znaczącej krytyce poddaje również osobę króla Stanisława Augusta.[11] Artykułowanie własnych racji i chęci podjęcia bardzo konkretnych działań zmierzających do konsolidacji państwa i jego odbudowy muszą być realizowane z wyczuciem i opierać się na zimnych kalkulacjach. W znacznej mierze tego właśnie zabrakło, choć pozornie można było przypuszczać, że rozpoczęcie przez Rosję kolejnej wojny z Turcją istotnie dało tak długo oczekiwaną swobodę działania polskiej dyplomacji, której przewodził Ignacy Potocki. Zmiana ustroju Polski, chęć stworzenia zeń nowoczesnego państwa, musiała siłą rzeczy wywołać reakcję sąsiadów. Ewentualne rewindykacje terytorialne miały drugorzędne znaczenie, choć strona pruska nie kryła się z argumentacją, iż silna Rzeczpospolita upomni się o swoje północne rubieże. W 1791 r. trudno było bowiem przypuszczać, by zeszłoroczny sojusznik (polsko-pruski traktat zaczepno-odporny) spokojnie przyglądał się odbudowie państwa, które pomimo że oficjalnie zalegalizowało traktaty rozbiorowe 1772 r., ze względów moralnych, politycznych i gospodarczych nie było w stanie zaakceptować tego stanu rzeczy. W przypadku Rosji zdecydowanie najważniejsze znaczenie miał czynnik polityczny. Odczytanie reform ustrojowych jako czystej transplantacji francuskich wzorców rewolucyjnych (od 1789 r. we Francji trwała Wielka Rewolucja), w myśl których monarcha stawał się władcą konstytucyjnym poddanym kontroli parlamentu, było nie do zaakceptowania. Francuska konstytucja została wprawdzie przyjęta we wrześniu 1791 r., a więc kilka miesięcy po Konstytucji 3 maja, jednak wpływ rewolucyjnych idei na kształt polskich reform ustrojowych wyraźnie wskazywał ich kierunek. Wykazując zdolność do regeneracji swych sił, państwo polskie przykuło uwagę imperium rosyjskiego, dla którego tolerowanie u boku ustroju monarchii konstytucyjnej było nie do pomyślenia. Można stwierdzić, iż polska myśl reformatorska wyprzedziła czasy, w której przyszło jej działać, niemniej trudno zaprzeczyć stwierdzeniu, że doprowadziła ona do upadku państwowości.

Pozostaje zasadnicze pytanie, czy i na ile rozbiory Polski zmieniły układ sił w Europie Środkowej. W sytuacji po 1792 r., zwłaszcza po traktatach rozbiorowych 1793 r., rosyjskie zapewnienia utrzymania integralności państwa polskiego nie miały żadnych realnych podstaw. Kadłubowa Rzeczpospolita była całkowicie uzależniona od imperium Katarzyny II, toteż piękny i heroiczny gest rozpaczy, jakim była insurekcja kościuszkowska, nie miał żadnych szans powodzenia. Tym razem polityka zagraniczna Petersburga musiała zaakceptować fakt wspólnej linii granicznej z Prusami i Austrią. Zresztą nie było to aż tak szkodliwe dla interesów rosyjskich. Małe Prusy po III rozbiorze stanęły w obliczu liczniejszego żywiołu polskiego, w istocie Prusacy stawali się mniejszością narodową u siebie w państwie. Z kolei przesuwająca swe granice na północ Austria nie stanowiła żadnego zagrożenia militarnego, a wchłonięte przez nią obszary nie miały, w porównaniu z ziemiami zagarniętymi w 1772 r., aż tak wielkiego znaczenia gospodarczego. Rosja skorzystała najwięcej. Wchłonąwszy ponad 60 procent państwa polskiego, oparła swe granice na Bugu, by skutecznie, jak się niebawem okazało, móc stawić czoła armii Napoleona. Biorąc udział w kampanii pruskiej 1806 r. (Frideland i Iława Pruska), dyplomacja rosyjska mogła rozegrać swoją kartę w Tylży, godząc się na powołanie do życia Księstwa Warszawskiego (dość niechętnie), osłabiała Prusy, gdyż to właśnie one, stojąc na krawędzi rozbioru, musiały zgodzić się na cesję swoich, niedawno pozyskanych na Polsce terytoriów. Uwalniało je to od niebezpieczeństwa ze strony nadmiernej liczby ludności polskiej, ale z drugiej strony wskazywało miejsce w przyszłej konfiguracji politycznej. Najczęściej pokonywana przez Francuzów Austria musiała w rezultacie zadowolić się powrotem do granicy z 1772 r.

Natomiast dla Rosji nowa linia graniczna okazała się mieć historyczne znaczenie. Zająwszy w 1813 r. obszary Księstwa Warszawskiego, skutecznie rozciągnęła swą kontrolę na obszar Europy Środkowej. Wzmocniona zwycięstwem nad Wielką Armią i zasiadająca, jako główny rozgrywający, na Kongresie Wiedeńskim Rosja utwierdzała swoją wielkomocarstwową pozycję. Z jednej strony była w stanie wyjść naprzeciw ewentualnym pruskim apetytom terytorialnym, by z drugiej umiejętnie nadzorować rozwój wydarzeń w Austrii, gdzie kilkadziesiąt lat później w 1849 r. interweniowała zbrojnie, tłumiąc powstanie węgierskie.

Zastanawiającą w tym wszystkim pozostaje kwestia rozbiorów Polski w świetle prawa. Potwierdzające akty rozbiorowe sejmy, niezależnie czy zwoływane pod przymusem czy nie, legalizowały cesje terytorialne na rzecz sąsiednich mocarstw. Sejmy nie odzwierciedlały postawy społeczeństwa, jednak to one jako władza ustawodawcza pozostawiły po sobie dowody consensusu i aprobaty dla poczynań mocarstw rozbiorowych.

Przypisy

  • 1 W teorii stosunków międzynarodowych koncepcje Immanuela Kanta są uważane za należące do tzw. klasycznego liberalizmu, zob. Scott Burchill, Richard Devetak, (ed.), Teorie stosunków międzynarodowych , Warszawa 2006, s. 51-52.
  • 2 Wiek XVIII jest chyba najbardziej klasycznym okresem charakteryzującym się równowagą sił między suwerennymi monarchiami absolutnymi, Alan C. Lamborn, Joseph Lepgold, World Politics into the Twenty-First Century, New Jersey 2003, s. 144-148.
  • 3 Często zapomina się o wojnie moskiewsko-polskiej z 1654 r., poprzedzonej poselstwem Puszkina do Warszawy, który przywiózł jednoznacznie brzmiące żądania rosyjskiego cara Aleksego Michajłowicza, zob. na ten temat Ludwik Kubala, Poselstwo Puszkina w Polsce, w: Szkice historyczne, seria I i II, Warszawa 1923, s. 123-150.
  • 4 Ibidem, s. 294.
  • 5 Ibidem, s. 297.
  • 6 Niedoścignionym studium na temat liberum veto pozostaje do dziś praca Władysława Konopczyńskiego, Liberum Veto, Kraków 2002.
  • 7 Władysław Konopczyński scharakteryzował osobę Korybuta Wiśniowieckiego w następujący sposób: „Pierwszy spadkobierca Wazów mówił ośmioma językami, ale w żadnym z nich nie miał nic ciekawego do powiedzenia. Szkoda słów na jego bliższą charakterystykę”, Władysław Konopczyński, Dzieje Polski nowożytnej, Warszawa 1986, tom 2, s. 47.
  • 8 Ibidem, s. 110.
  • 9 Jean Jacques Rousseau, Uwagi nad rządem polskim, Biblioteka Klasyków Filozofii, Warszawa 1966. Zdecydowanym krytykiem ustroju Rzeczypospolitej był Gabriel Coyer, który stawiał retoryczne pytanie: „Czegóż można oczekiwać od kraju, w którym szlachta swym ciężarem wszystko miażdży?”, cyt. za Marian Henryk Serejski, Europa a rozbiory Polski, Warszawa 1970, s. 56-59.
  • 10 Zjawisko konfederacji szlacheckich było w I Rzeczypospolitej jedną z „chorób” ustrojowych. Od czasu stopniowego rozkładu systemu politycznego ilustrowało podstawowe bolączki instytucji państwa. Szlachta zawiązywała konfederację w momencie zagrożenia państwa i za taką należy uznać konfederację barską, ale wiele z nich zawiązywano np. w celu wymuszenia zapłaty zaległego żołdu. Chroniczna niewypłacalność skarbu państwa od czasów wojen w XVII w. inspirowała wojsko do zawiązywania konfederacji i pobierania zapłaty siłą, czyli innymi słowy – do łupienia ludności cywilnej. Winą za ten stan rzeczy należy obciążyć instytucje państwa i jak widać było w XVII w. – przestarzały system ściągania podatków. Z czasem konfederacje zaczęły przyjmować oblicze polityczne.
  • 11 Jerzy Łojek, Geneza i obalenie Konstytucji 3 Maja, Lublin 1986, s. 404-419.

≻ • ≺

Pracę nad tekstem zakończono w marcu 2010 r.

Prof. dr hab. Piotr Ostaszewski
Katedra Studiów Politycznych
Kolegium Ekonomiczno-Społeczne
Szkoła Główna Handlowa w Warszawie