Znak graficzny IEŚW

Studia i Komentarze
Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej
nr 13

Czasopismo online Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej

ISSN 1689-5762

Rok założenia: 2008

Międzynarodowy i polski wymiar afgańskich dokumentów WikiLeaks

Nowoczesne wojny

Iracka inwazja na Kuwejt w 1990 r. była ostatnim typem wojny konwencjonalnej w sensie celów strategicznych. Chcąc podporządkować sobie słabszego sąsiada, Saddam Husajn zaanektował jego terytorium, dążąc do zniszczenia dawnych kuwejckich struktur państwowych. Jednocześnie I wojna w Zatoce stanowiła wyraz zmieniających się czasów nie tylko pod względem politycznym, ale również militarnym. W 2002 r. niemiecki uczony Herfried Münkler opublikował pracę pod tytułem Wojny naszych czasów.[1] Jest to pozycja niezmiernie istotna, zwłaszcza w odniesieniu do klasycznej już publikacji Alvina i Heidi Tofflerów Wojna i antywojna.[2] Münkler zbadał reguły rządzące współczesną wojną i doszedł do wniosku, iż żyjemy w świecie opanowanym przez eufemizmy maskujące samą istotę zagadnienia. Otóż, o ile nie mamy do czynienia z konfliktem globalnym, o tyle lokalne konflikty zbrojne, choć mają zdecydowanie mniejszą skalę, charakteryzują się niezwykłym okrucieństwem, w szczególności wobec ludności cywilnej.[3] Zastanawiający jest również fakt przedłużania konfliktów w czasie, a to ze względu na tworzenie się różnych grup nacisku i interesu. Co więcej, powstają tak zwane dzikie wojny, w których trudno jest dostrzec prawdopodobieństwo racjonalnego zakończenia. Spostrzeżenia te, aczkolwiek dotyczące ogółu zagadnienia, znajdują pewne prawidłowości na gruncie wojny afgańskiej. Podstawowym celem propagandowym ze strony państw interwencyjnych jest chęć minimalizowania strat wśród ludności cywilnej, przy jednoczesnej maksymalizacji celów politycznych. Niemniej przy potrzebie unikania za wszelką cenę strat własnych w grę wchodzi również kalkulowanie tak zwanych szkód towarzyszących.[4]

Pod wieloma względami Afganistan spełnia kryteria postawione przez niemieckiego uczonego. Wojna w Afganistanie jest niezwykle trudna z politycznego punktu widzenia. Stany Zjednoczone i reszta państw koalicji występują w niej pod sztandarami zaprowadzenia w kraju ładu i porządku, doprowadzenia do konkretnych politycznych rozwiązań, dzięki którym będą mogły nastąpić procesy stabilizacyjne.

Tymczasem strategia ta nie wydaje się przynosić spodziewanych rezultatów. Przedłużający się konflikt w coraz większym stopniu narzuca państwom interwencyjnym potrzebę stosowania eufemizmów. I tak na przykład wojska NATO wypełniają tam „misję”, a nie prowadzą wojnę, choć wiadomo, iż pociąga to za sobą straty tak własne, jak i wśród ludności cywilnej. Tak więc zadaniem współczesnego żołnierza jest „wypełnienie powierzonej mu misji”, na którą zresztą sam się zgłosił, co niewątpliwie zawiera pozytywne konotacje, skrzętnie przy tym omijając zasadnicze zadanie, do jakiego został powołany z racji swojego zawodu – czyli fizycznej eliminacji nieprzyjaciela. Kolejny problem to szczególnie w tego typu działaniach zbrojnych wypadki, których ofiarami pada ludność cywilna bądź nawet właśni żołnierze. Język angielski określa to mianem friendly fire. Analizując specyfikę języka wojskowego, Philip Caputo napisał: „firendly fire – jeszcze jeden specyficzny termin, gdyż trudno określić tak kulę, która utkwiła w twoim ciele”.[5] Terminologia ta ma znaczenie szczególnie w odniesieniu do środków masowego przekazu, ukazujących opinii publicznej obraz wojny w nieco zmienionym świetle.

Afgańskie wikileaks i Akta Pentagonu

W 1971 r. na łamach The New York Times ukazały się tajne dokumenty Departamentu Obrony dotyczące całokształtu amerykańskiej polityki w Wietnamie w latach 1945-1967.[6] Zważywszy na niezwykle napiętą sytuację międzynarodową, przedłużającą się wojnę w Wietnamie i presję światowej opinii publicznej, by Stany Zjednoczone wycofały swoje wojska z Wietnamu, publikacja ta miała ogromne znaczenie dla urzędującej administracji Richarda M. Nixona.

Tak zwane Akta Pentagonu (Pentagon Papers) wstrząsnęły amerykańską i międzynarodową opinią publiczną, podsyciły nastroje antywojenne i wreszcie wprawiły Sąd Najwyższy w zakłopotanie. Sprawcą całego zamieszania był były pracownik Departamentu Obrony Daniel Ellsberg, który bez wiedzy zwierzchników wykorzystał osobiste kontakty i przekazał zdobyte materiały prasie. W ślad za New York Times poszedł również Washington Post, a niebawem Los Angeles Times, Boston Globe, Chicago Sun Times, itd.

Po raz pierwszy okazało się, że problem Stanów Zjednoczonych nie polegał tylko na zakończeniu przedłużającej się wojny w Wietnamie, ale również na relacjach na linii Biały Dom – środki masowego przekazu. Niezwykle podejrzliwy, ale i zarazem zdecydowany w działaniach Nixon nienawidził naukowców, ale chyba bardziej dziennikarzy. Obsesja „przecieków” z Białego Domu nakazała mu stworzenie specjalnej grupy tak zwanych „hydraulików” (plumbers), którzy mieli tropić antyrządowe spiski. W rezultacie w 1972 r. grupa ta wpadła w ręce FBI w siedzibie komitetu wyborczego Partii Demokratycznej Watergate.

W 1971 r. na celowniku „hydraulików” znalazł się Ellsberg. Starano się pozyskać kompromitujące go dokumenty psychiatryczne. Czy obsesja Nixona nie była jednak nieuzasadniona? Był zdecydowany forsować własną koncepcję polityki zagranicznej, której efektem było nawiązanie relacji dyplomatycznych z Chinami, a przede wszystkim utrzymanie Wietnamu Południowego, ale bez udziału wojsk amerykańskich. Pentagon Papers miały destrukcyjny wpływ na Biały Dom i Departament Obrony. Obnażały błędy taktyczne, ukazywały całokształt amerykańskiej strategii w Azji Południowo-Wschodniej, a poza tym kompromitowały najwyższe czynniki w państwie, które nie potrafiły utrzymać najważniejszych dokumentów w tajemnicy.

Nixon poległ, ale nie za sprawą Pentagon Papers. Jego klęskę przypieczętowali serdecznie nienawidzący go dziennikarze, dla których prezydent był uosobieniem paranoi, kłamstwa i nienawiści.

Czy Afganistan to drugi Wietnam?

27 lat po opuszczeniu Wietnamu Południowego wojska amerykańskie, tym razem za aprobatą ONZ i sojuszników z NATO, podjęły działania zbrojne przeciwko afgańskiemu rządowi talibów. Przepaść czasowa i realia są tak odmienne, że zdawałoby się, iż wszelkie paralele są jedynie sztuczną konstrukcją usiłującą udowodnić coś, co w praktyce nie istnieje. A jednak w wielu przypadkach Wietnam powinien być dobrym wzorem dla planistów i strategów. Po pierwsze w obu przypadkach chodziło o ustanowienie demokracji i stabilnych rządów, które będą pochodzić z wyborów powszechnych. Po drugie obie wojny to zmagania z doskonale przygotowanym przeciwnikiem, stosującym skuteczną taktykę wojny partyzanckiej. Po trzecie przeciwnik działa na własnym terenie, czyli może liczyć na wymuszone czy też nie poparcie ludności cywilnej. Po czwarte przeciwnik nie znajduje się pod presją mediów i opinii publicznej. Po piąte wreszcie z różnych co prawda względów, ale jednak wróg posiada moralną przewagę, chociażby poprzez fakt długotrwałego i skutecznego oporu w walce z lepiej wyposażonymi wojskami koalicji.

Afganistan podobnie jak Wietnam pokazuje, w jaki sposób rozwiązania teoretyczne rozmijają się z praktyką. W obu przypadkach alternatywą dla rządów komunistycznych czy religijnej ortodoksji miały być demokracja i wolny rynek jako najwyższe wartości wiodące uciśnione narody do wolności. Oczywiście, że atak na Afganistan był odwetem za World Trade Center w 2001 r., ale wysłanie wojsk do Wietnamu było odwetem za atak w Zatoce Tonkińskiej. Interwencję w Wietnamie usprawiedliwiano pochodem komunizmu, interwencję w Afganistanie wojną z terroryzmem. I ten drugi argument wydaje się znacznie bardziej przekonujący. Nie zmienia to jednak wagi zagadnienia.

Komu może zaszkodzić publikacja dokumentów na WikiLeaks?

Przede wszystkim należy powiedzieć jasno, że postęp technologiczny jest bronią obosieczną. Toteż utrzymanie ścisłej tajemnicy staje się coraz trudniejsze. Informacja to biznes, a biznes to zysk, tak więc handel informacją staje się niezwykle lukratywnym zajęciem. Im większa sensacja, tym większy profit, nie tylko w kategoriach finansowych. Jeśli przeanalizować cele organizacji WikiLeaks, to nietrudno zauważyć, iż jest ona emanacją współczesnej demokracji.

Założona przez chińskich dysydentów, ta międzynarodowa organizacja publikuje na swych stronach miliony dokumentów, częstokroć niewygodnych dla rządów i polityków. Modna współcześnie transparentność (przejrzystość) obróciła się dokładnie przeciwko tym, którzy w swych kampaniach wyborczych wzywają do pełnej jawności życia politycznego. Czyż wybierający swych przedstawicieli, obywatele nie mają prawa do kontroli nad ich działaniami? Julian Assange uważany za lidera WikiLeaks nie jest Danielem Ellsbergiem, ma szersze cele i nie zajmuje się jedynie wojną w Afganistanie. Za oczywiste należy uznać, że publikacja dokumentów dotyczących tej dziewięcioletniej już wojny nie przyczyni się do jej popularyzacji w sensie szczytnych celów, jakie niegdyś głosiła administracja George’a W. Busha.

Afgański przeciek jest niebezpieczny z taktycznego punktu widzenia. Obnaża nieskuteczność działań antypartyzanckich. Ukazując taktykę wojsk koalicji z pewnością stanowi trofeum dla talibów. Są oni za słabi, by wygrać tę wojnę, ale za silni, by ją przegrać. Czyżby znów powtarzał się wariant wietnamski polegający na zmęczeniu przeciwnika, który zacznie poszukiwać dyplomatycznych rozwiązań? Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Faktem jest, że publikacja ta nie przyczyni się do szybszego zakończenia wojny.

W czyich rękach spoczywa problem wojny afgańskiej? Osobą najbardziej narażoną jest prezydent Stanów Zjednoczonych. Trzyma on w ręku kilka zasadniczych atutów: Stany Zjednoczone występują w koalicji, mając międzynarodowe przyzwolenie na interwencję zbrojną w Afganistanie; do Afganistanu wysyłani są wyłącznie żołnierze kontraktowi, w konsekwencji czego nie należy spodziewać się emocjonalnego zaangażowania opinii publicznej, tworzenia wielkich ruchów pokojowych, jak w latach sześćdziesiątych; i wreszcie dzięki cenzurze o wojnie tej w istocie niewiele wiadomo, skalą swą nie przypomina Wietnamu (ponad 540 tys. wojsk w 1969 r.).

Na niekorzyść Białego Domu przemawiają natomiast następujące fakty: prezydent Barack Obama nie sformułował jeszcze własnej doktryny, co kontrastuje z krytykowaną, ale wyartykułowaną doktryną Busha. Brakuje zatem wyraźnej strategii. Ma to bezpośrednie przełożenie na Afganistan. Pytanie to jest o tyle interesujące, o ile stawia cele wojny w Afganistanie – co my tam właściwie robimy, i co chcemy osiągnąć? Nixon chciał wycofać wojska z Wietnamu, przerzucając wysiłek zbrojny na armię południowowietnamską i utrzymać zarazem Wietnam w orbicie wpływów Stanów Zjednoczonych. Działał w myśl wypracowanej przez siebie i Kissingera doktryny Nixona. Tymczasem Barack Obama nie dysponuje konkretnym planem. Stopniowa ewakuacja wojsk z Afganistanu osłabi i tak już słabe władze w Kabulu. Co więcej, Nixon miał z kim negocjować, a obecny prezydent jest pozbawiony takiej opcji. Jej poszukiwanie i próby porozumienia z talibami wzmocniłyby ich moralnie na arenie krajowej i międzynarodowej, kompromitując oczywiście całą operację koalicji od 2001 r.

Jeśli, co pokazują dokumenty opublikowane przez WikiLeaks, podjęta przez koalicję strategia jest nieskuteczna, to najlepszym rozwiązaniem na stan obecny jest przedłużanie wojny przy jednoczesnym wypracowaniu satysfakcjonujących rozwiązań. Te zaś w dużej mierze zależą od obecnej administracji prezydenta Obamy. Być może publikacja WikiLeaks okaże się bodźcem do przeanalizowania całokształtu strategii afgańskiej w Stanach Zjednoczonych i państwach sojuszniczych.

Czy WikiLeaks może zaszkodzić polskiej misji w Afganistanie?

Udział Polski w misji afgańskiej jest wynikiem polityki wobec Paktu Północnoatlantyckiego i nie wiąże się z konkretnymi rachubami na zyski w samym Afganistanie. Jednakże wyciek dokumentów z pewnością nie jest pomocny nawet w kontekście omawiania prawdopodobnych terminów wycofania polskiego kontyngentu. Według opinii ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, wątki polskie mają raczej charakter historyczny i dotyczą kilku specyficznych operacji, jak omyłkowego ostrzelania wioski Nangar Khel w 2007 r. czy ostrzeżeń dotyczących prawdopodobieństwa ataku na ambasadę Indii w Kabulu z 2008 r.[7] W niczym jednak nie zmienia to polskiej strategii w Afganistanie. Według zapewnień ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, ostatecznie Polska powinna wycofać swój kontyngent do końca 2012 r.[8] Wiele natomiast kontrowersji może powstać odnośnie do ewakuacji polskich sił zbrojnych z tego państwa. Z ostrożnością natomiast należy potraktować wypowiedź ministra Klicha o prawdopodobnym nasileniu dyskusji w łonie sił koalicji NATO na temat wycofania wojsk z Afganistanu. Przy braku kompleksowej strategii nie wydaje się to możliwe.

Przypisy

  • 1 Herfried Münkler, Wojny naszych czasów, Kraków 2004.
  • 2 Alvin Toffler, Heidi Toffler, Wojna i antywojna, Poznań 2006.
  • 3 Herfried Münkler, op. cit., s. 24.
  • 4 Ibidem, s. 161.
  • 5 Philip Caputo, A Romour of War, New York 1977, s. 159
  • 6 United States-Vietnam Relations, 1945-1967; A Study Prepared by the Department of Defense, 12 vols., US Department of Defense, Government Printing Office, Washington D.C., 1971.
  • 7 Wojskowa kuchnia i brutalna twarz wojny w raportach, http://wiadomosci.wp.pl/kat,88114,title,Wojskowa-kuchnia-i-brutalna-twarz-wojny-w-raportach,wid,12512640,wiadomosc.html
  • 8 Potwierdzono termin wycofania wojsk z Afganistanu, http://www.polskieradio.pl/wiadomosci/kraj/artykul174039.html

≻ • ≺

Pracę nad tekstem zakończono w sierpniu 2010 r.

Prof. dr hab. Piotr Ostaszewski
Katedra Studiów Politycznych
Kolegium Ekonomiczno-Społeczne
Szkoła Główna Handlowa w Warszawie