Znak graficzny IEŚW

Studia i Komentarze
Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej
nr 14

Czasopismo online Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej

ISSN 1689-5762

Rok założenia: 2008

Kolos Północy w winnicy Nabota. Stany Zjednoczone i Republika Dominikańska w latach 1869-1966

W 1922 roku do Santo Domingo przybył Sumner Welles, Minister Pełnomocny i Specjalny Wysłannik prezydenta Hardinga. Wellesowi – uznanemu ekspertowi od Ameryki Łacińskiej, a zarazem najmłodszemu wówczas dyplomacie na tak wysokim stanowisku – powierzono wynegocjowanie planu zakończenia trwającej od sześciu lat amerykańskiej okupacji Dominikany. Opracowany przez niego harmonogram doprowadził w dwa lata później do wycofania marines. Jednak ówczesny prezydent, Calvin Coolidge, choć wykonał plan Wellesa, jednocześnie zwiększył zaangażowanie wojsk USA w przedłużającej się wojnie domowej w Nikaragui. Welles doszedł do wniosku, że problem leży w całej amerykańskiej polityce wobec Ameryki Łacińskiej, która od dwóch dekad miała otwarcie imperialny charakter – obejmowała interwencje zbrojne, przejmowanie kontroli nad polityką wewnętrzną i zewnętrzną suwerennych państw oraz wymuszanie ratyfikacji traktatów i zmian rządów. Chwilowo odsunięty przez Coolidge’a od pracy w Departamencie Stanu, postanowił poddać krytyce dotychczasową dyplomację amerykańską, a sposobem jej wyrażenia stała się ukończona w 1927 roku historia Dominikany (Naboth’s Vineyard: The Dominican Republic, 1844-1924). Było to nie tylko pierwsze opracowanie skomplikowanych dziejów wewnętrznych karaibskiej republiki, ale także zapis jej trudnych relacji z amerykańskim mocarstwem. Posłużyły one Wellesowi za metaforę stosunków USA z całą zachodnią hemisferą. Wskazywał on na rozmiary nieufności i nienawiści do wszechmocnego „kolosa Północy”, która nagromadziła się wśród bezsilnych Latynosów. Przestrzegał przed lekceważeniem opinii i potrzeb latynoamerykańskich społeczeństw, wzywał do ograniczenia imperialnych ambicji oraz budowy wzajemnego zaufania i więzów gospodarczych.[1] W kilka lat później Welles został czołowym doradcą Franklina D. Roosevelta, a jego postulaty zostały zrealizowane w postaci „polityki dobrego sąsiedztwa”. z Ameryką Łacińską. Według amerykańskiego dyplomaty, Johna Melby’ego, jej prawdziwym źródłem była właśnie książka Wellesa.[2] Problem stosunków amerykańsko-dominikańskich sięgał połowy XIX wieku, kiedy USA uznały strategiczne znaczenie regionu karaibskiego; nie zakończył się on również wraz z ogłoszeniem „polityki dobrego sąsiedztwa”. Paradoksalnie, doprowadziła ona do sytuacji, w której Waszyngton przez trzy dekady tolerował istnienie jednego z najbardziej represyjnych reżimów w historii Ameryki Łacińskiej. Z kolei w 1965 roku prezydent Lyndon B. Johnson podjął decyzję o pierwszej od 27 lat interwencji zbrojnej na Karaibach – marines mieli zapobiec domniemanej rewolucji komunistycznej i ustanowić „przyzwoity rządu” w Dominikanie.

Welles zaczerpnął tytuł książki Winnica Nabota z przemówienia senatora Charlesa Sumnera, protestującego przeciw próbie aneksji Dominikany w 1869 roku. Przywołał on biblijna opowieść o królu Achabie, który fałszywie oskarżył i skazał na śmierć swojego sąsiada, Nabota, aby zagarnąć jego posiadłość. Zarówno dla senatora, jak i dla Wellesa, była to metafora polityki USA, nadużywających swej rosnącej potęgi wobec bezbronnego sąsiedniego państwa. Wiązała się ona ściśle z amerykańskim dążeniem do sprawowania hegemonii na półkuli zachodniej. Już James Monroe, piąty prezydent Stanów Zjednoczonych, ogłosił w 1823 roku, że Ameryka zdecydowanie sprzeciwia się jakimkolwiek próbom europejskiej ekspansji lub ingerencji w Nowym Świecie, uznając je za zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa i interesu narodowego. Podstawę ideową „doktryny Monroe” stanowił polityczny testament George’a Washingtona, wzywający do separacji Nowego Świata, złożonego z powstałych w drodze rewolucji niepodległych republik, od świata europejskich despotycznych monarchii. Bezpośrednim powodem jej ogłoszenia była natomiast obawa przed spodziewaną interwencją zbrojną Świętego Przymierza w celu przywrócenia „starego porządku” w dawnych amerykańskich koloniach.

W rzeczywistości doktryna – przedstawiana przez Amerykanów jako zasada prawa międzynarodowego – pozostała jedynie deklaracją, ponieważ młode państwo nie było w stanie pełnić roli obrońcy całej zachodniej hemisfery. W ciągu kolejnych dekad XIX wieku mocarstwa europejskie naruszające „doktrynę” spotykały się jedynie z werbalnymi protestami Waszyngtonu. Szczególnie dobitnego przykładu dostarczyła właśnie Dominikana, która w 1861 roku powróciła pod władzę hiszpańską. Inicjatorem „rekonkwisty” był ówczesny dyktator Pedro Santana, bezradny wobec chronicznego kryzysu gospodarczego, słabości instytucji państwa i stałego zagrożenia nową inwazją haitańską; idea odzyskania części dawnego imperium kolonialnego została entuzjastycznie przyjęta przez rząd w Madrycie. Z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych reinkorporacja Dominikany stanowiła otwarte pogwałcenie doktryny Monroe; sekretarz stanu William Seward doradzał prezydentowi Lincolnowi zdecydowaną reakcję. Jednak wydarzenia te przypadły na wiosnę 1861 roku, okres secesji kolejnych stanów Południa. Wkrótce potem wybuchła wojna domowa i zasadą amerykańskiej dyplomacji stało się unikanie zadrażnień w stosunkach z krajami europejskimi, by nie dawać im pretekstu do uznania Konfederacji.[3] Ostatecznie Dominikana odzyskała niepodległość na skutek działań swoich mieszkańców, rozczarowanych formą hiszpańskiego panowania. Elita kreolska traciła stanowiska i wpływy na rzecz dygnitarzy przybyłych z metropolii, ignorujących miejscowe prawa i zwyczaje; z kolei mulacka większość społeczeństwa doświadczyła oficjalnego rasizmu władz, które na sąsiedniej Kubie i Portoryko wciąż utrzymywały niewolnictwo. Niezadowolenie Dominikańczyków przerodziło się w uporczywą wojnę partyzancką. Wojska hiszpańskie, wyczerpane ciągłymi atakami, tropikalnym klimatem i malarią, opuściły kraj w 1865 roku, a królowa Izabela zrzekła się praw do Dominikany.[4]

Po zakończeniu wojny secesyjnej amerykańscy przywódcy zaczęli poszukiwać sposobu na powstrzymanie europejskiej penetracji półkuli zachodniej, a zwłaszcza regionu karaibskiego. Miała temu służyć sieć baz marynarki wojennej, z których jedną zamierzano umieścić w Dominikanie. Jednak grupy przedsiębiorców, zrzeszonych w American West India Company, która wykupiła jedną dziesiątą dominikańskich złóż mineralnych i ziemi uprawnej, rozpoczęła lobbying na rzecz przyłączenia karaibskiej republiki do USA w charakterze terytorium. Również ówczesny dyktator Buenaventura Baez, podobnie jak wcześniej Santana, uznał oddanie się pod opiekę obcego mocarstwa za jedyne remedium na ciągły kryzys polityczno-gospodarczy. Ostatecznie również prezydent Andrew Johnson publicznie poparł ideę „aneksji obu republik wyspy St. Domingo”;[5] jego następca, Ulysses Grant, podpisał w 1869 roku odpowiedni traktat. Baez zapewnił niemal jednogłośne poparcie społeczeństwa, wyrażone w farsowym plebiscycie, zaś amerykańskie okręty wojenne wpłynęły na wody dominikańskie, by czuwać nad spokojnym przebiegiem aneksji. Jednak rok później administracja Granta napotkała na niespodziewany opór, kiedy przedłożyła traktat Senatowi. Opinii publicznej i kongresmenom była już znana zarówno rola lobbystów i spekulantów w aneksji, jak i represyjny charakter reżimu Baeza, który zrzekł się niepodległości Dominikany ponad głowami jej mieszkańców. Weterani ruchu abolicjonistycznego widzieli w projekcie przyłączenia „obu republik wyspy St. Domingo” przede wszystkim likwidację dwóch niepodległych państw, stworzonych i rządzonych przez wolnych czarnych i Mulatów. Paradoksalnie, po tej samej stronie opowiedzieli się przeciwnicy nadania amerykańskiego obywatelstwa milionom „obcych rasowo i kulturowo” mieszkańców Karaibów. Dążąc do uzyskania zgody Senatu, prezydent Grant roztoczył przed kongresmenami wizję wielkich zysków, jakie społeczeństwu amerykańskiemu przyniesie eksploatacja nowych terytoriów, podkreślał też strategiczne znaczenie Karaibów dla handlu i bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Wreszcie, ostrzegał, że porzucając Santo Domingo, Amerykanie ryzykują wejście wyspy w strefę gospodarczych i politycznych wpływów Europy.[6] Prezydentowi odpowiadał Charles Sumner, wpływowy senator, wybitny mówca i radykalny abolicjonista. Spór Granta i Sumnera był symptomatyczny dla amerykańskiej debaty nad polityką wobec zachodniej hemisfery. Prezydent przytoczył szereg argumentów, jakimi na przełomie XIX i XX wieku mieli posługiwać się zwolennicy polityki imperialnej – poszukiwanie ujścia dla rozwijającej się gospodarki i energii społecznej w zamorskiej ekspansji; potrzeba posiadania silnej floty, kontrolującej strategiczne szlaki handlowe; misja cywilizacyjna, polegająca na szerzeniu amerykańskich wartości i systemu politycznego (w tym wypadku – zakończenie stanu wojny domowej na Kubie i Santo Domingo oraz doprowadzenie do zniesienia niewolnictwa w Brazylii i karaibskich posiadłościach Hiszpanii) oraz przywołane explicite założenie doktryny Monroe. Prezydent przyjmował za pewnik, że małe republiki latynoamerykańskie nie są zdolne do samodzielnego bytu i wcześniej czy później same wpadną w ręce obcych mocarstw – Stanów Zjednoczonych lub Europejczyków. Z kolei senator z Massachusetts w swoim przemówieniu, zatytułowanym Winnica Nabota, wyłożył zasady, na które w przyszłości mieli powoływać się przeciwnicy amerykańskiego imperializmu – kształtowanie wzajemnych stosunków w duchu „dobrego sąsiedztwa” (good neighborhood) i bezwzględne poszanowanie suwerenności krajów latynoskich. Niezbywalne prawo mieszkańców Santo Domingo i całej Ameryki Łacińskiej do własnego, niepodległego państwa wynika „z prawa własności, z ich potu i krwi zmieszanych z ziemią, (...) Życzliwość, wspaniałomyślność, pomoc, wsparcie, współpraca, opieka, wszystko to, co zawiera się w dobrym sąsiedztwie, musimy dawać swobodnie i szczodrze, ale ich niepodległość jest równie święta jak nasza i chronią jej naturalne prawa, których nie możemy bezkarnie łamać”.[7]

Spór o kształt polityki wobec Ameryki Łacińskiej nabrał szczególnego znaczenia pod koniec XIX wieku. Uprzemysłowione Stany Zjednoczone stały się wreszcie zdolne do pełnienia roli protektora zachodniej hemisfery, którą wyznaczył im niegdyś prezydent Monroe. W 1895 roku sekretarz stanu Richard Olney mógł z absolutną pewnością oświadczyć brytyjskiej dyplomacji, że „Stany Zjednoczone cieszą się obecnie faktyczną suwerennością na tym kontynencie, a ich wola stanowi prawo”, ponieważ umożliwiają im to „nieograniczone zasoby, połączone z odizolowanym położeniem, czyniącym z nich pana sytuacji, państwo niepodatne na ciosy jednego lub wszystkich obcych mocarstw”.[8] Wkrótce potem prezydent Theodore Roosevelt zaproponował sposób wykorzystania nowych możliwości Ameryki dla obrony jej interesów w hemisferze. Podczas gdy Stany Zjednoczone powiększały swoją potęgę, latynoskie republiki zdawały się nie dokonywać żadnego postępu. Korupcja i chaos polityczny wyczerpywały ich gospodarki, niszczyły instytucje publiczne i siły zbrojne, a także czyniły je niezdolnymi do regulowania zobowiązań finansowych. W rezultacie kraje te były bezbronne wobec prób ekspansji zarówno państw europejskich, Anglii i Francji, jak i młodego, agresywnego imperializmu niemieckiego. Dobitnym przykładem tego zagrożenia była blokada morska Wenezueli (1902-1903), zorganizowana wspólnie przez Anglię, Francję i Niemcy w celu ściągnięcia zaległych długów. Prezydent Roosevelt zagroził użyciem siły wobec tak jawnego pogwałcenia doktryny Monroe, a następnie ogłosił jej „rooseveltowskie uzupełnienie” (Roosevelt Corollary): jeżeli jakiś kraj amerykański wykaże się „systematyczną złą wolą, nieudolnością”, niezdolnością do zapewnienia ładu i spłacania swoich zobowiązań, „może zmusić Stany Zjednoczone, zgodnie z doktryną Monroe, choć niechętnie (...) do wystąpienia w charakterze międzynarodowej siły policyjnej”.[9]

Republika Dominikańska stała się jednym z pierwszych obiektów amerykańskiego „występowania w charakterze międzynarodowej siły policyjnej”, określanego też jako polityka grubej pałki. Na początku XX wieku republika była wówczas jaskrawym przykładem tego, co Roosevelt nazywał „złym prowadzeniem się”. W latach 1882-99 dyktator Ulisses Hereux zapewnił krajowi okres bezprecedensowego pokoju wewnętrznego. Osiągnął go za cenę całkowitego skupienia władzy w swoim ręku, wprowadzenia powszechnej inwigilacji i terroru politycznego oraz nieograniczonej korupcji wśród swojego „dworu”. Stabilna wewnętrznie Dominikana zacieśniła więzy z gospodarką światową, stając się ważnym producentem cukru i tytoniu oraz odbiorcą zagranicznych kredytów, przeznaczonych na budowę portów, dróg i linii kolejowych. Jednak w wyniku udanego zamachu na dyktatora republika ponownie pogrążyła się w wojnie domowej. Gospodarka została zrujnowana, a zbankrutowany kraj przestał spłacać zaciągnięte za Hereux kredyty. W obawie przed powtórzeniem się sytuacji z Wenezueli, prezydent Roosevelt narzucił w 1905 roku rządowi Dominikany amerykańską kuratelę nad dochodami z ceł i zadłużeniem zewnętrznym. Amerykanie przejęli kontrolę nad komorami celnymi, dzieląc zyski pomiędzy budżet Dominikany a jej zagranicznych wierzycieli. Stany Zjednoczone zagwarantowały też integralność terytorialną republiki i udzieliły jej znaczącej pożyczki. Następca Roosvelta, William Taft, wzbogacił „politykę grubej pałki” o „dolarową dyplomację” – rosnącą obecność amerykańskiego kapitału w krajach latynoskich, która miała zrównoważyć wpływy gospodarcze Europejczyków.[10]

Przez kilka następnych lat kombinacja kurateli politycznej i ekonomicznej, poparta obecnością okrętów wojennych, wydawała się wystarczać dla zabezpieczenia amerykańskich interesów zarówno w Dominikanie, jak i w sąsiednim Haiti, na Kubie oraz w republikach środkowoamerykańskich. Jednak nowy prezydent, Woodrow Wilson, sformułował w 1913 roku nowe cele amerykańskiej dyplomacji. Jej celem miało być szerzenie sprawiedliwego i moralnego ładu politycznego, jej naczelną zasadą – wspieranie rządów wybranych przez społeczeństwo i nieuznawanie tych, które powstały w wyniku użycia przemocy. Idealizm Wilsona, który jednocześnie nie mógł abstrahować od narodowych interesów strategicznych i powstałych w wyniku „dolarowej dyplomacji” amerykańskich inwestycji zamorskich, doprowadził go zastosowania siły w stosunkach z krajami latynoamerykańskimi na znacznie większą skalę niż wcześniej. Morskie demonstracje i krótkotrwałe desanty marines zostały zastąpione przez wieloletnie okupacje całych państw.

W tamtym czasie sytuacja Dominikany była jak najdalsza od politycznych ideałów Wilsona. Ustanowione przez Roosevelta i Tafta mechanizmy dawały USA kontrolę nad zewnętrznymi stosunkami republiki, jednak w jej polityce wewnętrznej panował chaos. Wodzowie (caudillos) frakcji politycznych wydzierali sobie prezydenturę przy pomocy prywatnych armii. Szeregowi rewolucji, przewrotów i kontrprzewrotów nadawano już tylko symboliczne pozoru legalizmu w postaci uchwał zastraszonego parlamentu i nieustannie zmienianego tekstu konstytucji. Amerykanie zaproponowali plan nadzorowanych przez siebie wolnych wyborów z udziałem wszystkich frakcji, przeprowadzonych pod osłoną okrętów marynarki wojennej. W skład wyłonionego w ten sposób rządu mieli wejść amerykańscy „doradcy”, zarządzający budżetem, robotami publicznymi, a przede wszystkim budową nowoczesnych sił policyjnych, zdolnych zapewnić porządek wewnętrzny. Zarówno ówczesny prezydent Juan Isidoro Jiménez, jak i walczący przeciw niemu rebelianci, odrzucili tak daleko idącą ingerencję w sprawy suwerennego kraju. Gdy w 1916 roku walkę zbrojną z Jiménezem rozpoczął jego własny minister obrony, Wilson stracił cierpliwość. Do Dominikany wysłano oddziały marines z zadaniem „obrony legalnego rządu”. Jednak prezydent Jiménez odmówił firmowania obcej interwencji zbrojnej i złożył dymisję na rozkaz amerykańskiego majora. W tym samym czasie oddziały rebeliantów rozpierzchły się na widok kolumn wojsk USA, maszerujących z wybrzeża w głąb górzystego interioru. Pozbawiony politycznych instytucji kraj znalazł się pod całkowitą kontrolą obcych sił zbrojnych.[11] Przez następnych osiem lat USA sprawowały w Dominikanie okupację wojskową. Wobec bojkotu ze strony elit dominikańskich, sformowano „rząd” złożony w całości z amerykańskich oficerów, z wiceadmirałem U.S. Navy jako gubernatorem wojskowym kraju. Przez cały czas w odległych rejonach kraju, pokrytych lasami tropikalnymi bądź pasmami górskimi, marines toczyli walki z nieregularnymi bandami. Do opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych sporadycznie docierały informacje o torturach i egzekucjach jeńców, których dopuszczały się walczące strony.[12]

Wybory 1920 roku przyniosły kolejny zwrot w koncepcji amerykańskiej dyplomacji. Zwycięscy republikanie i ich kandydat Warren Harding przeciwstawiali wilsonowskiemu rozmachowi i idealizmowi w polityce zagranicznej „powrót do normalności” oraz unikanie podejmowania zobowiązań niezwiązanych bezpośrednio z interesami narodowymi. W kampanii wyborczej szczególnie chętnie podnoszono problem przedłużającej się, brutalnej i nieskutecznej okupacji Dominikany i sąsiedniego Haiti; temat ten bulwersował zwłaszcza Afroamerykanów, postrzegających konflikt w kategoriach rasowych.[13] Harding i jego następca Calvin Coolidge oraz stojący na czele amerykańskiej misji w Dominikanie Sumner Welles doprowadzili w 1922 roku do przekazania władzy tymczasowemu rządowi oraz do wycofania w dwa lata później ostatnich oddziałów marines. Jednak stosunki Stanów Zjednoczonych z Ameryką Łacińską pozostawiały wciąż wiele do życzenia. W oczach Latynosów ostatnie dwadzieścia lat było okresem „jankeskiego imperializmu”, dyplomacji kanonierek i nieograniczonego korzystania przez USA ze swojej potęgi. Za problem uważano nie tylko obecność sił amerykańskich na wyspie Santo Domingo i w Nikaragui oraz protektorat Waszyngtonu nad Kubą i Panamą, ale przede wszystkim jego ambicję odgrywania roli hegemona w zachodniej hemisferze, wynikającej wprost z doktryny Monroe. Szerzyły się postulaty oparcia wzajemnych stosunków na zasadzie równości państw, poszanowania suwerenności oraz wyrzeczenia się użycia siły. Trzy kolejne republikańskie administracje (Hardinga 1921-23, Coolidge’a 1923-1929 oraz Herberta Hoovera 1929-1933) stopniowo wychodziły naprzeciw tym oczekiwaniom.[14] Zwłaszcza prezydent Hoover dążył do ustanowienia bardziej serdecznej atmosfery w stosunkach międzyamerykańskich; symbolizowała je „podróż dobrej woli” po Ameryce Łacińskiej, jaką odbył wkrótce po objęciu urzędu, oraz wyrzeczenie się proklamowanej niegdyś przez T. Roosevelta roli „międzynarodowej siły policyjnej”.

Wysiłki Hoovera utorowały drogę ostatecznemu zwrotowi w amerykańskiej polityce, jaki nastąpił za prezydentury Franklina D. Roosevelta (1933-1045). W swoim przemówieniu inauguracyjnym ogłosił on „politykę dobrego sąsiedztwa” (Good Neighborhood Policy), którą postulował niegdyś Charles Sumner. Relacje z Ameryką Łacińską miały być oparte nie na hegemoni Stanów Zjednoczonych, lecz na międzyamerykańskiej współpracy i solidarności. W kolejnych latach deklarację tę poparto konkretnymi działaniami – Roosevelt wycofał marines z Haiti (1934), kończąc tym samym ostatnią amerykańską interwencję zbrojną na Karaibach, a także anulował traktaty ustanawiające protektorat polityczny Waszyngtonu nad Kubą (1934) i Panamą (1936). Aby przekonać Latynosów o definitywnym końcu „dyplomacji kanonierek”, USA przystąpiły na konferencji w Buenos Aires do protokołu uznającego za „niedopuszczalną interwencję jakiejkolwiek strony, pośrednią lub bezpośrednią, z jakiegokolwiek powodu, w wewnętrzne lub zewnętrzne sprawy pozostałych stron”.[15] Odtąd obrona zachodniej hemisfery przed zagrożeniami zewnętrznymi miała stanowić wspólny obowiązek wszystkich państw amerykańskich, zamiast – zgodnie z doktryną Monroe – dostarczać uzasadnienia dla hegemonii Stanów Zjednoczonych. Wreszcie, Roosevelt odstąpił od wilsonowskiej polityki nieuznawania (non-recognition) tych reżimów latynoskich, które nie spełniały amerykańskich standardów demokratycznych. Obecnie ustrój polityczny miał być sprawą ściśle wewnętrzną, a Waszyngton deklarował gotowość do przyjaznej współpracy z każdym istniejącym rządem na zachodniej półkuli.

„Politykę dobrego sąsiedztwa” oparto na szczytnych ideałach i postulatach wysuwanych od lat przez samych Latynosów. Paradoksalnie, stworzyła ona warunki, w których mogła powstać i przetrwać najbrutalniejsza dyktatura w historii Dominikany.[16] Kluczowym elementem stworzonego przez Sumnera Wellesa planu zniesienia okupacji w latach 1922-1924 było stworzenie sił bezpieczeństwa, zdolnych zapewnić republice pokój wewnętrzny pod nieobecność marines. To zadanie miała wypełniać Policia Nacional. Pomimo swojej „cywilnej” nazwy stanowiła ona w istocie nowoczesne siły zbrojne, zorganizowane, wyszkolone i uzbrojone według standardów amerykańskich. W niczym nie przypominała nieregularnych zbrojnych band, przy pomocy których dominikańscy caudillos przez dziesięciolecia zdobywali i sprawowali władzę. W kraju pozbawionym silnych instytucji państwowych i tradycji politycznych, w którym masy ludności pozostawały bierne i pogrążone w chronicznej nędzy, Policia Nacional pozostawała jedyną sprawną, scentralizowaną instytucją.[17] Osoba, która stanęłaby na szczycie hierarchii wojskowej, nie miałaby równego sobie rywala w walce o władzę. Taką osobą w 1928 roku został szef sztabu sił zbrojnych, Rafael Leonidas Trujillo.

Trujillo, Mulat, syn drobnego urzędnika i nadzorca strażników na prowincjonalnej plantacji, wstąpił w 1919 roku do tworzonych przez marines sił zbrojnych, a po ukończeniu prowadzonej przez nich akademii wojskowej w Hainie zdobywał systematycznie kolejne stopnie oficerskie. Był to typowy przykład awansu społecznego, możliwego dzięki zbojkotowaniu przez większość tradycyjnej kreolskiej elity kraju współpracy z okupantem (jeden z przeciwników dyktatora nazwał go wręcz „bękartem sił okupacyjnych”[18]). Szybko ujawnił duży talent polityczny – obejmując nowe stanowisko, natychmiast zastępował wszystkich podwładnych swoimi protegowanymi. W rezultacie, gdy w 1928 roku objął najwyższą funkcję wojskową – tj. stanowisko szefa sztabu – siły zbrojne opanowane były przez jego zwolenników. Wykorzystał to w dwa lata później, gdy wystawił swoją kandydaturę w wyborach prezydenckich, a następnie wysłał armię, by przemocą zmusiła wszystkich kontrkandydatów do wycofania się. W ten sposób rozpoczął się okres 31 lat absolutnej władzy Trujillo nad krajem. Stworzony przez niego system – trujillismo – bywa określany mianem „dyktatury totalnej”, a nawet zaliczany w poczet reżimów totalitarnych; z pewnością wyróżniał się na tle latynoskich dyktatur swoją brutalnością i groteskowością. Trujillismo opierało się na absolutnej kontroli El Benefactora („Dobroczyńcy”) nad życiem publicznym, bezwzględnych represjach politycznych oraz wszechobecnej propagandzie, lansującej dewizę Trujillo y Dios („Trujillo i Bóg”). Najbardziej dochodowe sektory dominikańskie gospodarki stanowiły w całości lub większości prywatną własność dyktatora i jego rodziny.[19] Faktycznym filarem reżimu były siły zbrojne i policyjne, powstałe z przekształcenia Policia Nacional i należące do największych w regionie karaibskim. Wydatki na obronę stały się z czasem główną pozycją w budżecie małej republiki; na dużą skalę rozbudowywano również nieistniejący wcześniej przemysł zbrojeniowy. W tym czasie większość społeczeństwa żyła w nędzy – dotyczyło to zarówno campesinos (wieśniaków), zmuszonych do uprawiania zbyt małych gospodarstw bądź pracujących w wielkich majątkach ziemskich, jak i rosnącej liczby biedoty miejskiej, żyjącej w barrios (slumsach) na obrzeżach rozbudowywanej z rozmachem przez dyktatora stolicy kraju – Ciudad Trujillo. Jeszcze na początku lat 60. analfabetyzm wynosił 60% w skali kraju i sięgał 90% na prowincji, gdzie campesinos żyli bez podstawowych osiągnięć cywilizacyjnych, takich jak bieżąca woda czy opieka medyczna.[20]

„Dobre sąsiedztwo” pomiędzy USA a Dominikaną zostało wystawione na ciężką próbę na przełomie lat 30./40., kiedy El Benefactor zaczął zdradzać fascynację europejskim faszyzmem. Doszło do wymiany uprzejmości dyplomatycznych z Berlinem i Rzymem, kurtuazyjnej wizyty okrętów Kriegsmarine oraz przejęcia przez trujillismo sztafażu militarnego, „salutu partyjnego” oraz rasistowskiej retoryki. Zgodnie z tą ostatnią, białym, hiszpańskim Dominikańczykom miała zagrażać „afrykanizacja” przez przybyszów z przeludnionego Haiti, regularnie przekraczających nieszczelną granicę, wytyczoną orientacyjnie na górzystych peryferiach obu krajów. Ideologia wybielenia (blanquer) Dominikany doprowadziła ostatecznie w 1937 roku do wymordowania na rozkaz dyktatora kilkunastu tysięcy haitańskich robotników sezonowych przez wojsko i paramilitarne bojówki. Amerykańska dyplomacja zareagowała zgodnie z zasadami „polityki dobrego sąsiedztwa”. Wydarzenia w Dominikanie uznano za wewnętrzne sprawy suwerennego kraju, uznając za priorytet utrzymanie dobrych stosunków dyplomatycznych oraz jedności hemisfery, a także zapobieżenie ewentualnej wojnie dominikańsko-haitańskiej. Waszyngton podjął również wysiłki, by nie dopuścić do nadmiernego epatowania opinii publicznej o odstręczającym charakterze reżimu Trujillo.[21] Pomógł w tym sam dyktator, nieszczędzący funduszy na stworzenie w Stanach „lobby dominikańskiego”, podkreślającego jego lojalność w stosunku do Ameryki i zasługi w zapewnieniu stabilności i pokoju nękanej wewnętrznym chaosem republice. Zapłacił też Haiti znaczące odszkodowanie w zamian za odstąpienie od żądań międzynarodowego dochodzenia, a następnie zyskał przychylność amerykańskiej prasy, przyjmując kilkuset żydowskich uciekinierów z III Rzeszy. Cierpliwość amerykańskiej dyplomacji opłaciła się – mając do wyboru jednoznaczne opowiedzenie się pomiędzy USA a Osią, Dominikana przystąpiła do wojny w dzień po ataku na Pearl Harbour jako pierwszy kraj Ameryki Łacińskiej.[22]

Polityka USA wobec Ameryki Łacińskiej w latach 50. została podporządkowana wymogom „zimnej wojny” ze Związkiem Radzieckim, a jej zasady określił George Kennan w raporcie dla sekretarza stanu Deana Achesona (1950).[23] Celami Waszyngtonu powinno być zagwarantowanie przynależności zachodniej hemisfery do bloku antykomunistycznego pod przywództwem USA i jej zdolności do odparcia agresji z zewnątrz oraz zabezpieczenie amerykańskich interesów strategicznych, takich jak szlaki komunikacyjne czy źródła surowców. Dla powstrzymania ekspansji komunizmu powinno się stosować najefektywniejsze spośród dostępnych środków, w tym także wspieranie niedemokratycznych reżimów. W szczególności zaś USA powinny wystrzegać się prób reformowania politycznego i społecznego Ameryki Łacińskiej, ponieważ wymagałyby one ogromnych środków, a jednocześnie mogłyby doprowadzić do zdestabilizowania istniejącego status quo. Atmosfera zimnej wojny była na rękę dominikańskiemu dyktatorowi. Tuż po zakończeniu II wojny światowej demokratyczna euforia, która ogarnęła kraje amerykańskie na skutek zwycięstwa „wolnego świata” zmusiła go do zalegalizowania pewnej liczby niezależnych partii i związków zawodowych. „Dyktatura totalna” i swobody polityczne okazały się jednak nie do pogodzenia i w 1947 roku Trujillo przeprowadził falę represji pod hasłem walki z komunistami. Od tej pory dominikańskie lobby w Waszyngtonie przedstawiało go jako oddanego antykomunistę i wiernego sojusznika Ameryki w zimnowojennym konflikcie. W 1951 roku Dominikana stała się odbiorcą pomocy wojskowej w ramach MAP (Programu Wzajemnej Pomocy), a na jej terytorium powstała amerykańska baza radarowa.[24] Jeszcze w 1960 roku przewodniczący Senackiej Komisji Rolnictwa Allen Ellender oświadczył, że „życzyłby sobie dziś Trujillo w każdym kraju Ameryki Łacińskiej”.[25]

Jednak pod koniec lat 50. stało się jasne, że Ameryki Łacińskiej nie ominą powojenne procesy przemian, związanych z rosnącymi oczekiwaniami politycznymi i ekonomicznymi szerokich grup społecznych. Reżimy autorytarne i rządy wojskowych w kolejnych krajach ustępowały, bądź na skutek przewrotów (Kolumbia, Wenezuela), bądź pokojowej transformacji (Argentyna, Peru, Honduras), władzom pochodzącym z wolnych wyborów. Nowi przywódcy wywodzili się często spośród liberalnych bądź lewicowych ruchów reformatorskich, głoszących potrzebę głębokich przemian społecznych. W Waszyngtonie pojawiła się grupa wzywająca do rewizji dotychczasowej polityki (m.in. Allen Dulles, dyrektor CIA Milton Eisenhower, brat prezydenta). Skoro ekspansja demokracji w Ameryce Łacińskiej wydawała się nieuniknionym procesem historycznym, wspieranie przez USA niepopularnych autokratów groziło antyamerykańskim nastawieniem dochodzących do głosu mas i stwarzało warunki dla przejęcia władzy przez komunistów.[26] Ostatecznego argumentu dostarczyła im kubańska rewolucja 1959 roku, z której Waszyngton wyciągnął dwa wnioski. Po pierwsze, długotrwałe popieranie proamerykańskiego i antykomunistycznego, ale niepopularnego Fulgencio Batisty sprawiło, że Kubańczycy utożsamili znienawidzona dyktaturę ze Stanami Zjednoczonymi. Zamiast sztywnego popierania dotychczasowych sojuszników, konieczne było zatem elastyczne reagowanie i doprowadzanie do „kontrolowanego upadku” słabnących reżimów i sprawnego zastąpienia popularnym, proamerykańskim rządem.[27] Po drugie, wydarzenia kubańskie pokazywały, że komuniści latynoamerykańscy, stanowiący niewielkie, ale zdeterminowane i zdyscyplinowane grupy, potrafią sprawnie przechwycić władzę w warunkach chaosu politycznego. Nawet ci przywódcy, którzy – jak Fidel Castro – uważani byli za „wolnych od komunistycznej skazy”[28] nacjonalistów, mogli niespodziewanie okazać się marksistami i sojusznikami Moskwy. Dlatego nawet śladową aktywność komunistów w danym kraju należało traktować jak sygnał ostrzegawczy, zwłaszcza jeśli miejscowy rząd nie miał woli lub możliwości, by powstrzymać ich działania. Pierwszy wniosek skłonił Amerykanów do odcięcia się od Trujillo, drugi sprawił, że z nieufnością odnosili się do dominikańskiej lewicy demokratycznej, reprezentowanej przez Dominikańską Partię Rewolucyjną (PRD) i jej lidera, Juana Boscha.

W 1959 roku stało się jasne, że władza dominikańskiego dyktatora słabnie. Najpierw grupa radykalnych emigrantów wylądowała w kraju, podejmując nieudaną próbę stworzenia guerilli na wzór kubański, a wkrótce potem wykryto spisek na życie Trujillo. Odpowiedzią była fala represji, która uderzyła w oligarchię. Narastała krytyka reżimu ze strony latynoskich liberałów, którym przewodził prezydent Wenezueli, Romulo Betancourt. Trujillo podjął próby wywołania puczu przy pomocy konserwatystów w wenezuelskiej armii; ostatecznie wywiad dominikański przeprowadził nieudany zamach bombowy na Betancourta. Efektem było zmobilizowanie przeciw dyktatorowi całej hemisfery. Dopóki dopuszczał się łamania praw człowieka w kraju, chroniła go międzyamerykańska zasada nieinterwencji i suwerenności państw; jednak zamach na głowę obcego państwa był aktem niedopuszczalnym zarówno w oczach latynoskich dyktatorów, jak i demokratów. W rezultacie konferencja OPA w San José (1960) po raz pierwszy w historii nałożyła na kraj członkowski sankcje polityczne i gospodarcze. Wśród ich głównych zwolenników znalazły się Stany Zjednoczone, które wykorzystały okazję, by spektakularnie odciąć się od związków z powszechnie potępianym dyktatorem. Waszyngton miał też nadzieję, że dotknięty sankcjami reżim szybciej zgodzi się na stopniową demokratyzację i oddanie władzy popularnemu, niekomunistycznemu rządowi. Prezydent Eisenhower postanowił zadać mu dodatkowy cios, ograniczając zakupy dominikańskiego cukru (głównego towaru eksportowego kraju). Jednak ze względu na opór lobby dominikańskiego w Kongresie, decyzję tą zdołał przeforsować dopiero jego następca. W ostatnich tygodniach urzędowania prezydent poinformował CIA, że priorytetem polityki USA na Karaibach jest usunięcie Castro z Kuby i Trujillo z Dominikany.[29]

Odchodząca administracja Eisenhowera nie zdążyła wypracować po 1959 roku teoretycznych podstaw nowej polityki wobec Ameryki Łacińskiej. Według jej członków i wspierających ich intelektualistów, kraje latynoamerykańskie przechodziły właśnie proces kompleksowej przemiany systemu politycznego i społecznego. Według podsekretarza stanu George’a Balla „wiatry zmian wiały przez kontynent. Miliony ludzi zdały sobie sprawę, że lepsze życie jest możliwe i były zdeterminowane je wywalczyć”.[30] Moment, w którym dawne struktury upadały, a nowe dopiero się tworzyły, stwarzał okazję dla komunistycznych prób przejęcia władzy. W tej sytuacji USA powinny opowiedzieć się po stronie nieuniknionego postępu społecznego i zapewnić mu w miarę stabilny i przewidywalny przebieg. Miały to osiągnąć poprzez przeznaczenie bezprecedensowych środków na wsparcie rozwoju gospodarczego i podniesienie poziomu życia w krajach latynoskich, a także budowę sprawnych sił zbrojnych, zdolnych do utrzymania porządku wewnętrznego. Szczególną nowością była deklaracja popierania przez Waszyngton walki o demokrację i prawa człowieka. Według nowej koncepcji, tylko pochodzące z wyborów, praworządne, reformatorskie (ale odporne na lewicowy radykalizm) rządy mogły sprawnie przeprowadzić kraje Ameryki Łacińskiej przez okres przemian i zaoferować społeczeństwom atrakcyjną alternatywę dla komunizmu, oferującą wolność, rozwój i sprawiedliwość społeczną w ramach demokracji i wolnego rynku. Te cele legły u podstaw Sojuszu dla Postępu, ogłoszonego na początku prezydentury Kennedy’ego.[31]

Tymczasem wydarzenia w Dominikanie dały nowej administracji nieoczekiwaną możliwość zbudowania od podstaw pierwszej modelowej demokracji. W maju 1961 roku zamordowano Rafaela Trujillo.[32] Grupa spiskowców – do których należał m.in. ówczesny sekretarz (minister) sił zbrojnych oraz grupa wojskowych i wyższych urzędników – nie zdołała jednak przechwycić władzy, którą utrzymali krewni i poplecznicy zabitego dyktatora, tzw. trujillistas, rządzący za pośrednictwem nominalnego prezydenta, Joaquina Balaguera. Mając w ręku armię i policję, dokonali aresztowań i egzekucji spiskowców, jednak nie było wśród nich osoby dorównującej autorytetem „Dobroczyńcy”. Amerykanie mieli nadzieję, że nowy rząd okaże się bardziej podatny na zewnętrzne naciski oraz sankcje gospodarcze OPA i USA. Amerykański konsul poinformował Balaguera, że USA „nie będą tolerować metod państwa policyjnego” i oczekują liberalizacji politycznej; jednocześnie zapewnił, że prezydent może liczyć na amerykańską pomoc wojskową w przypadku zagrożenia komunistycznego lub próby obalenia go przez armię.[33] Była to kwintesencja nowej amerykańskiej polityki wobec Dominikany, od której oczekiwano stopniowej demokratyzacji przeprowadzanej przez rząd Balaguera w sposób ewolucyjny i wolny od gwałtownych wstrząsów, które mogłyby zamienić się w rewolucję komunistyczną. W ciągu następnych miesięcy w republice pod nadzorem międzyamerykańskiej komisji uwolniono więźniów politycznych, zalegalizowano partie i związki zawodowe oraz znacjonalizowano część ogromnego majątku byłego dyktatora. W listopadzie 1961 roku ustępstwa te ostatecznie wyczerpały cierpliwość najbardziej twardogłowych trujillistas, skupionych wokół braci byłego dyktatora, którzy uważali republikę za rodzinną własność. Przejęli oni kontrolę nad częścią armii i podjęli próbę usunięcia Balaguera z urzędu. Stany Zjednoczone z bezprecedensową gwałtownością wystąpiły w obronie demokracji na Karaibach. Sekretarz stanu Dean Rusk zapowiedział, że „Stany Zjednoczone nie pozostaną bezczynne wobec próby przywrócenia dyktatorskiej władzy Trujillos”.[34] Na wodach Dominikany pojawił się zespół amerykańskich okrętów, a nad pozycjami wojsk trujillistas przelatywały startujące z Puerto Rico samoloty. Obecność Amerykanów skłoniła do przejścia na stronę rządu wahających się wojskowych, którzy ostatecznie aresztowali i usunęli z kraju braci Trujillo i najwyższych funkcjonariuszy dawnego reżimu. W całym kraju trwało niszczenie pomników „Dobroczyńcy” i świętowanie ostatecznego upadku „dyktatury totalnej”. Uwolniony od kontroli trujillistas Balaguer ostatecznie oddał władzę w ręce UCN (Narodowej Unii Obywatelskiej), konserwatywnej i proamerykańskiej partii opozycyjnej. Nowy rząd kierował krajem przez cały rok 1962, korzystając z rozbudowanej amerykańskiej pomocy finansowej, wojskowej i technicznej; ostatecznym celem jego działania miało być zorganizowanie pierwszych w historii kraju demokratycznych wyborów. Dominikanę zaczęto nazywać „oknem wystawowym Sojuszu dla Postępu”.

Ukoronowaniem długiego procesu demokratyzacji Dominikany były wybory prezydenckie z grudnia 1962 roku. Wbrew oczekiwaniom Amerykanów nie wygrał ich kandydat UCN, lecz profesor Juan Bosch, pisarz i intelektualista, a w czasach dyktatury emigracyjny lider demokratycznej lewicy. W czasie kampanii zdobył głosy robotników i campesinos, głosząc potrzebę podniesienia poziomu życia, dokonania reformy rolnej oraz wpisania praw pracowniczych i socjalnych do konstytucji. Radykalny program społeczny prezydenta nastawił przeciw niemu tradycyjne elity gospodarcze. Z kolei jego ścisłe przestrzeganie zasad wolności politycznej, umożliwiające działalność partiom marksistowskim, niepokoiło ambasadę USA i antykomunistyczny korpus oficerski. Chwiejna pozycja polityczna rządu Boscha i nieudolność dominikańskiej administracji wywołały rozczarowanie Waszyngtonu. W 1963 roku administracja Kennedy’ego dochodziła do wniosku, że demokratycznie wybrane rządy zawiodły pokładane w nich nadzieje. Były nieudolne, antagonizowały część społeczeństwa (a zwłaszcza siły zbrojne), były zbyt skore do radykalizmu i nie dość zdecydowane walczyć z zagrożeniem komunistycznym. Nie potrafiły również zapewnić stabilności politycznej – od 1961 roku pucze wojskowe obalały rządy w Argentynie, Peru, Ekwadorze, Gwatemali i Hondurasie. Pomimo dotychczasowej retoryki, Waszyngton nie zdecydował się na zbrojne wystąpienia w obronie demokracji, obawiając się dalszej destabilizacji regionu. Z biegiem czasu sam prezydent uznał, „że armia często posiada znacznie większe kompetencje w rządzeniu państwem i ma więcej sympatii w stosunku do USA niż jakakolwiek inna grupa w kraju”, jest zdecydowanie antykomunistyczna i zapewnia minimum niezbędnej stabilności, utrudniającej komunistyczną infiltrację.[35] W rezultacie, gdy we wrześniu 1963 roku armia obaliła Boscha pod hasłem walki z zagrożeniem komunistycznym i wprowadziła dyktaturę wojskową, reakcja USA ograniczyła się do odmowy uznania dyplomatycznego i wstrzymania pomocy gospodarczej.[36]

Junta dominikańska zdołała przetrwać, pomimo bojkotu ze strony amerykańskiej dyplomacji oraz nieudanej próby utworzenia lewicowej guerilli. W tej sytuacji następca Kennedy’ego, Lyndon B. Johnson, podjął decyzję o przywróceniu stosunków dyplomatycznych z Dominikaną. Nowa administracja uznała również konieczność rewizji dotychczasowej polityki wobec Ameryki Łacińskiej. Odsunięto grupę liberałów, związanych z ideą Sojuszu dla Postępu, a nowe zasady sformułował podsekretarz stanu ds. stosunków międzyamerykańskich. Tzw. „doktryna Manna” obejmowała cztery punkty: promocję rozwoju gospodarczego z zachowaniem całkowitej neutralności w sprawie postępu społecznego, ochronę amerykańskich inwestycji, powstrzymywanie ekspansji komunistycznej i współpraca bez różnicy zarówno z demokratycznie wybranymi rządami, jak i z dyktaturami, o ile nie były to dyktatury komunistyczne.[37]

Wkrótce po wznowieniu stosunków dyplomatycznych z Waszyngtonem, na czele „triumwiratu” (cywilnej fasady dyktatury wojskowej) stanął zamożny przedsiębiorca Donald Reid Cabral. Prezydent Johnson, zaabsorbowany reformami wewnętrznymi i konfliktem indochińskim, stracił zainteresowanie problemami Dominikany, uznając sytuację w republice za stabilną i zadowalającą z punktu widzenia doktryny Manna. Jednak w kwietniu 1965 roku grupa młodszych oficerów dokonała puczu przeciw Cabralowi pod hasłem powrotu demokracji i konstytucyjnego rządu Juana Boscha. Konserwatywni generałowie, którzy dwa lata wcześniej obalili Boscha, zawiązali juntę wojskową i podjęli próbę odzyskania władzy nad stolicą.[38] Jednak doborowym oddziałom armii niespodziewanie przeciwstawiła się milicja, złożona z uzbrojonych mieszkańców Santo Domingo, którzy tłumnie poparli „konstytucjonalistów”. Raporty ambasady odmalowały przejaskrawiony obraz krwawej rewolucji ulicznej, sterowanej zza kulis przez komunistów i zwolenników Castro.[39] Również junta, trafnie odczytując obawy Amerykanów, zwróciła się o pomoc w walce z „ruchem rewolucyjnym (...) kierowanym przez komunistów i posiadającym wyraźnie komunistyczny charakter, (...) wzywanym do kontynuowania walki przez Radio Hawana, (...) który, jeśli zwycięży, przekształci ten kraj w drugą Kubę”.[40] Prezydent Johnson zdawał sobie sprawę z niejasności sytuacji, lecz uznał, że ryzyko jest zbyt wielkie. W 1959 roku ludowa i nacjonalistyczna rewolucja została przechwycona przez kubańskich komunistów. Według Johnsona, każdy kolejny dzień chaosu w Dominikanie groził ostatecznym przekształceniem jej w „drugą Kubę”. Byłby to wielki cios zarówno dla prestiżu administracji w kraju, jak i dla pozycji USA w całej zachodniej hemisferze. Wraz z podsekretarzem Mannem uznał za konieczne szybkie ustanowienie w Dominikanie „przyzwoitego rządu”, który pod kierunkiem Waszyngtonu ustabilizowałby kraj.[41] 28 kwietnia na obrzeżach Santo Domingo zaczęli lądować amerykańscy marines i spadochroniarze. Początkowo sądzono, że sama ich obecność zastraszy rebeliantów i pozwoli odnieść ostateczne zwycięstwo wojskom junty. Te jednak okazały się niezdolne do samodzielnego działania. W rezultacie w pierwszych dniach maja Amerykanie wkroczyli do stolicy i otoczyli kordonem główne siły rebelii w centrum miasta. Reszta Santo Domingo została za ich aprobatą „oczyszczona” i opanowana przez juntę. Aby uniknąć krwawej bitwy ulicznej ze zdeterminowanymi „konstytucjonalistami” przyjęto koncepcję Manna – mieli oni być tak długo izolowani, dopóki nie poddadzą się lub nie przystąpią do negocjacji.[42]

Pierwsze od lat 30. użycie marines przeciw krajowi latynoamerykańskiemu wywołało falę protestów w hemisferze. Pomimo to wysiłki dyplomacji amerykańskiej doprowadziły do uznania przez OPA, minimalną wymaganą większością głosów, działań zbrojnych w Dominikanie za „międzyamerykańską operację pokojową”. Po dołączeniu do wojsk USA symbolicznych kontyngentów pięciu państw latynoskich przyjęły one nazwę „Międzyamerykańskich Sił Pokoju”. Z kolei misja dyplomatyczna OPA, kierowana przez ambasador Ellswortha Bunkera, doprowadziła ostatecznie do porozumienia między juntą a rebeliantami i przekazania władzy neutralnemu rządowi tymczasowemu. Ze względu na otwartą wrogość najbardziej antykomunistycznych generałów, rząd wymagał stałej obecności i wsparcia sił amerykańskich. Były one także niezbędne m.in., by wyegzekwować ostateczne rozbrojenie milicji „konstytucjonalistów”. Interwencja w Dominikanie zakończyła się w 1966 roku wyborami prezydenckimi, przeprowadzonymi pod nadzorem Amerykanów i obserwatorów OPA. Zwycięzcą okazał się były prezydent Joaquin Balaguer, od dawna uważany przez Waszyngton za optymalnego przywódcę, gwarantującego stabilność i ścisły antykomunizm. Choć nie dopatrzono się nieprawidłowości w głosowaniu, wybory przebiegły w atmosferze terroru politycznego ze strony sił zbrojnych, zastraszających zwolenników Boscha. Również w okresie rządów Balaguera (1966-1974) wymierzone w lewicę i związki zawodowe represje doprowadziły do śmierci 3000 Dominikańczyków.[43] Balaguer zdołał jednak uniknąć zaprowadzenia terroru na skalę znaną z czasów trujillismo. Ograniczał się do zwalczania przejawów otwartego nieposłuszeństwa wobec władzy, dążąc do wyciszenia życia publicznego i depolityzacji jak najszerszych grup społecznych, a jednocześnie umożliwił dokonanie znaczących inwestycji przez kapitał amerykański. W ten sposób interwencja wojskowa doprowadziła ostatecznie do osiągnięcia w Dominikanie celów wyznaczonych przez doktrynę Manna, choć niezbędny koszt (zgodnie z jej założeniami) stanowiła konieczność tolerowania niedemokratycznych metod.

Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Dominikany w latach 1869-1966 opierała się na podstawowym założeniu doktryny Monroe. Polityczna, gospodarcza i militarna obecność USA w karaibskiej republice była niezbędna, by nie dopuścić do niej wpływów sił pozakontynentalnych – takich jak europejskie imperia kolonialne bądź blok komunistyczny. W latach 30. po raz pierwszy podjęto próby „mulitlateralizacji” doktryny, tj. przejęcia odpowiedzialności za jej egzekwowanie przez całą wspólnotę państw amerykańskich. Również w latach 50. i 60. Waszyngton propagował ideę solidarności całej hemisfery w obliczu ekspansji komunizmu. Jednak próby te nie odnosiły większych skutków – kraje latynoamerykańskie uznawały wprawdzie niebezpieczeństwo agresji spoza hemisfery, jednak za największe zagrożenie dla swojej suwerenności uznawały amerykańskie dążenia do hegemonii, usprawiedliwiane właśnie doktryną Monroe. Nieprzypadkowo była ona przywoływana dla uzasadnienia kolejnych jednostronnych interwencji USA.[44] W XIX wieku doktrynę rozumiano w kategoriach czysto zewnętrznych – była ona wymierzona w „obcych”, dokonujących prób ekspansji na kontynencie amerykańskim. Theodore Roosevelt jako pierwszy nadał jej wymiar wewnętrzny – samą słabość i niestabilność kraju amerykańskiego uważał za zaproszenie do „pozakontynentalnej” interwencji, którą USA musiały ubiec. Pojawiało się jednak pytanie, do jakiego stopnia i jakimi środkami Waszyngton jest w stanie wpływać na sytuację wewnętrzną tych państw. Ograniczone naciski, stosowane przez T. Roosevelta i Tafta, nie uzdrowiły trwale sytuacji politycznej Dominikany. Polityka interwencji zbrojnych i okupacji doprowadziła – według Wellesa i innych jej krytyków – do pogorszenia sytuacji i pogłębienia przepaści pomiędzy USA a resztą hemisfery. Budowa nowoczesnych sił zbrojnych jako gwarancji stabilności na Karaibach doprowadziła do nieprzewidzianego rezultatu, jakim było powstanie szeregu reżimów wojskowych, wśród których wyróżniał się trujillismo. Ambitny projekt Kennedy’ego wykorzystujący cały wachlarz środków dostępnych XX-wiecznemu mocarstwu, poniósł klęskę, szczególnie widoczną w przypadku Dominikany. W tej sytuacji doktryna Manna stanowiła powrót do strategii zabezpieczenia niezbędnego minimum w hemisferze – ochrony przed wpływami zewnętrznymi, uznania amerykańskiego przywództwa i odpowiedniego poziomu stabilności politycznej. Po doświadczeniach rewolucji kubańskiej nie mogła jednak – w przeciwieństwie do „polityki dobrego sąsiedztwa” – abstrahować od sytuacji wewnętrznej państw amerykańskich. Waszyngton z uwagą śledził wszelkie przejawy aktywności komunistycznej, nawet jeśli prowadziły ją niewielkie miejscowe grupy, pozbawione zewnętrznego wsparcia. Interwencja w Dominikanie w 1965 roku była reakcją na czysto wewnętrzny konflikt, prowadzony przez rodzime ogłoszenia w jakimś państwie amerykańskim ustroju socjalistycznego, czy dopuszczenie do radzieckiej obecności militarnej, ale także w przypadku rewolucji „zmierzającej do ustanowienia dyktatury komunistycznej”,[45] ponieważ „w dzisiejszym świecie, gdy wrogowie wolności mówią o wojnach narodowowyzwoleńczych, dawne rozróżnienie na wojny domowe i wojny międzynarodowe straciło wiele ze swojego znaczenia”.[46]

Osobny problem stanowiły różnice pomiędzy życiem politycznym w USA i Ameryce Łacińskiej, nie zawsze w pełni pojmowane przez Waszyngton. Dominikana bywa wskazywana jako skrajny przykład brutalizacji polityki wewnętrznej, w której decydującym argumentem była siła fizyczna, a wynik walki o władzę decydował o życiu lub śmierci.[47] W takich warunkach utworzenie w latach 20. nowoczesnej armii, dysponującej nieznaną wcześniej siłą, zaowocowało powstaniem bezprecedensowego reżimu totalnego.[48] Współpraca wojskowa w ramach Sojuszu dla Postępu skupiona była na zwiększaniu zdolności armii i policji latynoskich do zwalczania guerilli i nielegalnej działalności politycznej. W ten sposób nie tylko dała siłom zbrojnym nowe środki i metody sprawowania władzy politycznej, ale także wzmocniła przekonanie wojskowych, że stanowią oni jedyną obronę swoich krajów przed komunizmem.[49] Również w latach 1965-1966 nie doceniono politycznego znaczenia sił zbrojnych, które zachowały znaczną autonomię i pozostały w rękach autorytarnych i skrajnie antykomunistycznych oficerów.[50] W rezultacie, pomimo istnienia gwarancji zasad demokratycznych, dominikańska lewica była z góry skazana na porażkę w konflikcie politycznym, a formalnie demokratyczne wybory zakończyły się powstaniem autorytarnego reżimu.[51]

Przypisy

  • 1 Benjamin Welles, Sumner Welles: FDR’s global strategist: a biography, Palgrave Macmillan, Nowy Jork 1997, s. 75-79, 86-90, 119-123.
  • 2 „Był on w rzeczywistości, w pewnym sensie, autorem polityki dobrego sąsiedztwa. Jego książka o Republice Dominikańskiej, Winnica Nabota, była faktycznym źródłem polityki dobrego sąsiedztwa. To była jego idea, a Roosevelt ją podchwycił”. Oral History Interview with John F. Melby by Robert Accinelli, Ontario, Canada, November 7, 1986, Harry S. Truman Library, Independence, Missouri, s. 44 (tłum. wł.).
  • 3 Charles C. Hauch, Attitudes of Foreign Governments Towards the Spanish Reoccupation of the Dominican Republic, „The Hispanic American Historical Review”, maj 1947.
  • 4 Frank Moya Pons, The Dominican Republic: a national history, Markus Wiener Publishers, Princeton 1998, s. 189-210.
  • 5 Harold T. Pinkett, Efforts to Annex Santo Domingo to the United States, 1866-1871, „The Journal of Negro History”, styczeń 1941, s. 20.
  • 6 Ibidem, s. 33-34, 37-38 (tłum. wł.).
  • 7 Ibidem, s. 39-40 (tłum. wł.).
  • 8 Cyt. za: Lars Schoultz, Beneath the United States: A History of us Policy Toward Latin America, Harvard University Press, Cambridge 1998, s. 115 (tłum. wł.).
  • 9 Robert Kłosowicz, U.S. Marines jako narzędzie polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych Ameryki, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2008, s. 80.
  • 10 L. Schoultz, Beneath the United States, s. 205-210.
  • 11 Stephen M. Fuller, Graham A. Cosmas, Marines in the Dominican Republic 1916-24, Waszyngton 1974.
  • 12 R. Kłosowicz, U.S. Marines jako narzędzie polityki, s. 119-123.
  • 13 Ibidem, s. 131-132.
  • 14 Kenneth J. Grieb, Warren G. Harding and the Dominican Republic U.S. Withdrawal, 1921-1923, „Journal of Inter-American Studies”, lipiec 1969; John D. Hicks, Republican Ascendancy 1921-1933, Nowy Jork 1960, s. 153-167.
  • 15 Cyt. za: Jose A. Cabranes, Human Rights and Non-Intervention in the Inter-American System, „Michigan Law Review”, kwiecień 1967, s. 1154 (tłum. wł.).
  • 16 Eric Roorda, The dictator next door: the good neighbor policy and the Trujillo regime in the Dominican Republic, 1930-1945, Duke University Press, Durham 1998.
  • 17 Howard J. Wiarda, The Politics of Civil-Military Relations in the Dominican Republic, „Journal of Inter-American Studies”, październik 1965.
  • 18 Cyt. za: Howard J. Wiarda, The aftermatch of Trujillo dictatorship. The emergence of a pluralist political system in the Dominican Republic, University of Florida 1965, s. 30.
  • 19 Do klanu Trujillo miało należeć m.in. 65% produkcji cukru i 70% produkcji tytoniu, 50% dochodów z eksportu, 35% ziemi uprawnej i 50% kapitału w bankach; prywatne przedsiębiorstwa rodziny dyktatora zatrudniały ok. 45% pracowników, a dalsze 35% pracowało dla niego w sektorze państwowym. Za: Tomasz Knothe, Ameryka Łacińska w polityce USA 1945-1975, Wrocław 1976, s. 112; Ryszard Stemplowski (red.), Dzieje Ameryki Łacińskiej, tom 3, Warszawa 1983, s. 55-56.
  • 20 H. J. Wiarda, The aftermatch of Trujillo, s. 20-22.
  • 21 Eric P. Roorda, Genocide Next Door: The Good Neighborhood Policy, the Trujillo Regime and the Haitan Massacre of 1937, „Diplomatic History”, 1996.
  • 22 Eric P. Roorda, The Axis, the Allies and the Trujillo, w: Thomas M. Leonard, John F. Bratzel (red.), Latin America during World War II, Rowman & Littlefield, Plymouth 2007.
  • 23 George Kennan, Report on Latin America, „Foreign Relations of the United States”, 1950, vol.2, s. 598-624.
  • 24 G. Pope Atkins, Larman C. Wilson, The Dominican Republic and the United States: from imperialism to transnationalism, University of Georgia Press, Athens, Georgia 1998, s. 88-90.
  • 25 Cyt. za: Anna P. Schreiber, US Economic Measuers Against Cuba and the Dominican Republic, „World Politics” kwiecień 1973, s. 408 (tłum. wł.).
  • 26 Mark T. Gilderhus, The second century: U.S.-Latin American relations since 1889, Rowman & Littlefield, Wilmington 2000, s. 128-130; Joseph S. Tulchin, The United States and Latin America in the 1960s, „Journal of Interamerican Studies and World Affairs”, 1988, s. 9-10.
  • 27 Robert A. Pastor, Preempting Revolutions: The Boundaries of U.S. Influence, „International Security”, 1991.
  • 28 Lars Schoultz, That infernal little Cuban republic: the United States and the Cuban Revolution, The University of Carolina Press, 2009, s. 83-84.
  • 29 Stephen Rabe, The Caribbean Triangle: Betancourt, Castro, and Trujillo and U.S. Foreign Policy, 1958-1963, „Diplomatic History”, 1966, s. 56-59.
  • 30 Cyt. za: Stephen G. Rabe, Controlling Revolutions: Latin America, the Alliance for Progress, and Cold War Anti-Communism, w: Thomas G. Paterson (red.), Kennedy’s quest for victory: American foreign policy, 1961-1963, Oxford University Press, Oxford 1989, s. 108 (tłum. wł.).
  • 31 Mark T. Gilderhus, The second century: U.S.-Latin American relations since 1889, Rowman & Littlefield, Wilmington 2000, s. 172-174; Thomas C. Wright, Latin America in the era of the Cuban Revolution, Greenwood Publishing Group, Westport 2001, s. 61-65.
  • 32 Dokładne omówienie okoliczności politycznych zamachu zob.: Bernard Diederich, Trujillo: the death of the dictator, Markus Wiener Publishers, Princeton 2000. O powiązaniach pomiędzy spiskowcami a CIA traktuje artykuł Normana Galla, How the Agency Killed Trujillo („The New Republic”, 13 kwietnia 1963) oraz odpowiedni rozdział raportu komisji senackiej Alleged Assassination Plots Involving Foreign Leaders. An Interim Report of the Select Committee to Study Goverenmntal Operations With Respect to Intelligence Activities (United States Senate, Waszyngton 1975).
  • 33 Telegram From the Department of State to Secretary of State Rusk, at Paris, Washington, June 5, 1961, 6:29 a.m. FRUS 1961-1963, vol. 12, s. 641-42.
  • 34 Wiesław Dobrzycki, Stosunki międzynarodowe w Ameryce Łacińskiej. Historia i współczesność, Scholar, Warszawa 2000, s. 206-207.
  • 35 Cyt. za: S, Rabe, Controlling Revolutions, s. 115-116.
  • 36 F. Moya Pons, The Dominican Republic, s. 381-390.
  • 37 Peter H. Smith, Talons of the Eagle: Latin America and the United States and the World, Oxford University Press, Nowy Jork 2008, s. 143-145.
  • 38 Obszerny opis dominikańskiej wojny domowej i amerykańskiej interwencji zob. m.in. Lawrence M. Greenberg, United States Army Unilateral and Coalition Operations in the 1965 Dominican Republic intervention, U.S. Army Center of Military History, Waszyngton 1987; Lawrence A. Yates, Power Pack: U.S. Intervention in the Dominican Republic 1965-1966, „Leavenworth papers”, 1988; Jerome N. Slater, The Dominican Republic, 1961-66, w: Barry M. Blechman, Stephen S. Kaplan (red.), Force without war: U.S. armed forces as a political instrument, The Brookings Institutin, Waszyngton 1987.
  • 39 Telegram From the Embassy in the Dominican Republic to the Department of State, Santo Domingo, April 28, 1965, 0316Z; Telegram From the Embassy in the Dominican Republic to the Department of State, Santo Domingo, April 28, 1965, 1718Z; Telegram From the Embassy in the Dominican Republic to the Director of the National Security Agency (Carter), Santo Domingo, April 28, 1965, 2040Z. FRUS 1964-1968, vol. 32, s. 68-70, 76-77.Telegram From the Embassy in the Dominican Republic to the Director of the National Security Agency (Carter), Santo Domingo, April 28, 1965, 2015Z. FRUS 1964-1968, vol. 32, s. 73-74 (tłum. wł.); także: Alan McPherson, Misled by Himself: What the Johnson Tapes Reveal about the Dominican Intervention of 1965, „Latin American Research Review”, 2003.
  • 40 Telegram From the Embassy in the Dominican Republic to the Director of the National Security Agency (Carter), Santo Domingo, April 28, 1965, 2015Z. FRUS 1964-1968, vol. 32, s. 73-74 (tłum. wł.); także: Alan McPherson, Misled by Himself: What the Johnson Tapes Reveal about the Dominican Intervention of 1965, „Latin American Research Review”, 2003.
  • 41 Telephone Conversation Between the Under Secretary of State for Economic Affairs (Mann) and President Johnson, Washington, April 26, 1965, 9:35 a.m. FRUS 1964-1968, vol. 32, s. 61-63.
  • 42 „[Musimy] wkroczyć i stopniowo zgniatać [„squeeze down”] rebeliantów. (...) Będziemy przesuwać linię [wojsk amerykańskich] za każdym razem o jedną lub dwie przecznice (...), dopóki się nie poddadzą. Jeśli się nie poddadzą, weźmiemy ich głodem. Ostatecznie będą zmuszeni podjąć negocjacje z lojalistami. Lojaliści, mając lepszą pozycję niż rebelianci, byliby górą i przejęliby kontrolę nad siłami zbrojnymi”. (Propozycja Manna według relacji Roberta McNamary), cyt. za: A. McPherson, Misled by Himself, s. 133-134 (tłum. wł.).
  • 43 F. Moya Pons, The Dominican Republic, s. 392.
  • 44 Larman C. Wilson, The Monroe Doctrine, Cold War Anachronism: Cuba and the DR, „The Journal of Politics”, maj 1966.
  • 45 Twierdzenie to zyskało miano „doktryny Johnsona”. Zob.: R. Kłosowicz, U.S. Marines jako narzędzie polityki, s. 211.
  • 46 Cyt. za: Richard J. Barnet, Intervention and Revolution: The United States in the Third World, World Publishing, Nowy Jork 1968, s. 125 (tłum. wł.).
  • 47 Bryant Wedge, The Case Study of Student Political Violence: Brazil, 1964, and Dominican Republic, 1965, „World Politics”, styczeń 1969, s. 199-204; H. Wiarda, The aftermatch of Trujillo, s. 27-31.
  • 48 Krytycy amerykańskiego imperializmu uważają, że siły zbrojne Dominikany, Haiti, Kuby i Nikaragui świadomie tworzono w latach 20. i 30. jako następców sił okupacyjnych i strażników amerykańskich interesów, co pozwoliło USA zrezygnować z bezpośrednich interwencji zbrojnych w okresie „polityki dobrego sąsiedztwa”. Zob.: Louis A. Pérez, Jr., Intervention, Hegemony, and Dependency: The United States in the circum-Caribbean, 1898-1980, „The Pacific Historical Review”, maj 1982, s. 185-186.
  • 49 Stephen S. Kaplan, U.S. Arms Transfers to Latin America, 1945-1974: Rational Strategy, Bureaucratic Politics, and Executive Parameters, „International Studies Quarterly”, grudzień 1975, s. 414-19; S. Rabe, Controlling Revolutions, s. 117-119; T. Wright, Latin America in the era, s. 61-65.
  • 50 Ze znaczenia politycznego sił zbrojnych zdawali sobie sprawę sami Dominikańczycy. Według Thomasa Manna, podczas negocjacji mówili oni „w zwyczajnym języku demokracji, ale prawdziwą stawką było, która strona będzie kontrolować armię i policję, która strona będzie sprawować prawdziwą władzę”. Za: Thomas C. Mann Oral History Interview I (Transcript, Thomas C. Mann Interview I, 4/11/68, by Joe B. Frantz, LBJ Library Online), s. 15 (tłum. wł.).
  • 51 Według H. Wiardy, „choć [rządy Balaguera] bywają określane jako półdemokratyczne lub pseudodemokratyczne, (...) mieściły się w tradycji rządów Santany, Baeza, Heureux i Trujillo”. Howard J. Wiarda, The Dominican Republic: Mirror Legacies of Democracy and Authoritarianism, w: Larry Diamand, Juan Linz, Seymour Martin Lipset (red.), Democracy in Developing Countries: Latin America, Lynne Rienner Publishers, Londyn 1999, s. 436 (tłum. wł.).

≻ • ≺

Pracę nad tekstem zakończono we wrześniu 2010 r.

Mateusz Roczon, absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.