Znak graficzny IEŚW

Studia i Komentarze
Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej
nr 2

Czasopismo online Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej

ISSN 1689-5762

Rok założenia: 2008

Karadžić. Zbrodnia i kara?

Radovan Karadžić – psychiatra, poeta, oszust (skazany za defraudację w latach osiemdziesiątych), ideolog serbskiego nacjonalizmu, polityk, zbrodniarz wojenny, wreszcie uzdrowiciel-hochsztapler. Imponująca kariera prawdopodobnie dobiegła końca, ale jego aresztowanie nie tylko wyznacza symbolicznie koniec pewnej epoki, lecz oznaczać może przełom polityczny dla Serbii. Może, jednak nie musi.

Geneza zbrodni

Według Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii za zbrodnie popełnione w czasie konfliktów na tym obszarze winno stanąć przed sądem około 15-20 tysięcy osób – dodajmy, że reprezentujących wszystkie strony. Wbrew dość powszechnemu przekonaniu, za czystki etniczne i towarzyszące im mordy i gwałty odpowiedzialni byli nie tylko Serbowie, ale także Chorwaci, Muzułmanie i kosowscy Albańczycy, choć rzecz jasna skala „zasług” poszczególnych stron była różna, co warunkowane było kilkoma czynnikami. Po pierwsze, istotna była liczebność populacji. Według ostatniego przeprowadzonego w Jugosławii spisu powszechnego zamieszkiwało ją w 1985 roku prawie 8,5 miliona Serbów, nieco ponad 4,5 miliona Chorwatów, około 2 milionów Muzułmanów i 1,8 miliona Albańczyków (oraz około 5,5 miliona Słoweńców, Macedończyków, Czarnogórców, osób określających się jako „Jugosłowianie” oraz przedstawicieli innych narodowości). Po drugie, nie budzi wątpliwości fakt, że aparat państwowy Socjalistycznej Federacyjnej Republiki Jugosławii zdominowany był przez Serbów (nawet w Komunistycznej Partii Chorwacji więcej było Serbów niż Chorwatów), co szczególnie widoczne było w Jugosłowiańskiej Armii Ludowej, mającej być przecież w założeniu głównym nośnikiem „jedności i braterstwa”: korpus oficerski aż w 70% złożony był z Serbów. Idea jugoslawizmu cieszyła się zresztą w armii dużą popularnością. Po trzecie wreszcie, to Serbowie, dominujący w federacji, byli przeciwni jej rozpadowi i secesji republik. Przyczynił się do tego walnie Slobodan Milošević, komunista, który w obliczu wyczerpania się formuły „jedności socjalistycznej” wykorzystał koniunkturę polityczną na „jedność narodową” i postawił na rozbudzenie wielkoserbskich resentymentów nacjonalistycznych.

W efekcie to właśnie Serbowie, najsilniejsza strona, mają na koncie najwięcej ofiar. I nie może być usprawiedliwieniem np. dla rzezi w Srebrenicy tłumaczenie, że miał to być odwet za śmierć serbskich cywilów w spacyfikowanej wcześniej przez Muzułmanów wiosce Kravice – skala tych dwóch wydarzeń jest nieporównywalna. Niemniej zrzucanie całego odium odpowiedzialności na Serbów jest daleko idącym uproszczeniem, które nie uwzględnia skomplikowanej spirali nienawiści i zaklętego kręgu wzajemnych animozji, zemst i odwetów. Chorwaci z pewnością odpowiedzialni są za mordowanie i deportacje ludności serbskiej i muzułmańskiej, prezydent Franjo Tuđman był zapewne bardziej zagorzałym nacjonalistą od Miloševicia, a jednak na Zachodzie niemal nikt nie wspomina o chorwackich obozach koncentracyjnych. Rzadko mówi się też o prześladowanej przez albańską większość ludności serbskiej w Kosowie i o tym, że komunikacja między serbskimi enklawami była tam możliwa tylko pod ochroną konwojów ONZ. Oczywiście nie można zapominać, że w latach 1998-1999 Serbowie zamordowali w Kosowie ponad 10 tysięcy Albańczyków (według ostatnich szacunków instytucji międzynarodowych) i spowodowali masowy exodus setek tysięcy ludzi. W zgodnej opinii ekspertów skala tego konfliktu na zawsze uniemożliwiła jakiekolwiek pokojowe rozwiązanie, kompromisowe uregulowanie statusu Kosowa i koegzystencję obu narodów. Warto też jednak zauważyć, że nasilenie i przyspieszenie serbskich czystek w Kosowie spowodowane zostało przez atak NATO – niewykluczone, że gdyby nie ta interwencja, represje wobec kosowskich Albańczyków nie przybrałyby aż takich rozmiarów. W dodatku naloty NATO ugruntowały i tak żywe w Serbii przekonanie o „antyserbskim spisku” Zachodu i na długo zaostrzyły sytuację międzynarodową w tej części Europy.

Tu też znaleźć można częściową odpowiedź na pytanie, dlaczego to wyłącznie Serbowie są uznawani za bad guys, a do chwili wydania Trybunałowi w Hadze Miloševicia zbrodnie popełniane na ludności serbskiej tego Trybunału w zasadzie w ogóle nie interesowały. Serbia okazywała Zachodowi niechęć i ograniczała z nim kontakty, podczas gdy równie, jeśli nie bardziej, nacjonalistyczne władze Chorwacji kokietowały Zachód, przedstawiając mu przy okazji własną wersję wydarzeń z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Niebagatelnym ułatwieniem stały się tu naturalnie walory turystyczne – Chorwacja jest wszak wielkim kurortem dla zamożnych obywateli UE, którym raczej trudno jest uwierzyć, że wielu tym miłym ludziom w malowniczych miasteczkach zdarzało się zabijać i wypędzać swoich serbskich sąsiadów oraz przywłaszczać sobie ich mienie.

Sądzenie zbrodni

Aresztowanie Karadžicia wywołało, co dziwić nie może, radość i poczucie ulgi szczególnie wśród sarajewian i w rodzinach ofiar mordu w Srebrenicy. Ustami przedstawicieli haskiego trybunału media zapewniały, że 13 lat poszukiwań doktora psychiatrii nie poszło na marne i że „nikt nie jest poza prawem, a wszyscy ścigani prędzej czy później staną przed obliczem sprawiedliwości”. Nie jest to jednak takie proste. Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii, istniejący od 1993 roku (jego mandat wygasa w roku 2010, jednak w gestii Rady Bezpieczeństwa ONZ pozostaje ewentualne jego przedłużenie), wydał dotąd ponad 60 wyroków skazujących. Na liście oskarżonych figurują 162 nazwiska, w tym jedno, jak się okazało, fikcyjne. Po schwytaniu Karadžicia na wolności pozostały już tylko dwie osoby z listy: Ratko Mladić i Goran Hadžić (obaj Serbowie, zresztą na liście dominują serbskie nazwiska). Działalność Trybunału nie budzi zainteresowania europejskiej opinii publicznej, zapewne z racji czasu, jaki upłynął od chwili popełnienia przestępstw. Dziennikarze zjawiają się na sali rozpraw jedynie na ogłoszenie wyroku, zwłaszcza gdy dotyczy on jakiejś „grubej ryby”. Ponadto, Trybunał napotyka w swojej pracy na ogromne przeszkody, stąd np. ponad 30 przypadków uniewinnienia bądź wycofania zarzutów: brak dowodów; brak świadków bądź świadkowie zastraszeni i zasłaniający się niepamięcią; świadkowie, którzy nie chcą zeznawać z przyczyn osobistych (zwłaszcza kobiety – ofiary gwałtów); wreszcie zarzuty upolitycznienia. Wciąż liczne są bowiem w Serbii (jak również Chorwacji) opinie, że działalność Trybunału ma charakter antyserbski (i odpowiednio: antychorwacki) – np. już po aresztowaniu Karadžicia lider Serbskiej Partii Demokratycznej (SDS, działa w bośniackiej Republice Serbskiej, Karadžić był jej współzałożycielem, a później szefem), Mladen Bosić, oświadczył, że haski trybunał nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością, ponieważ jest instytucją czysto polityczną. Na takim zresztą założeniu oparł swoją linię obrony Slobodan Milošević. Zwolennicy tezy o politycznym charakterze Trybunału podkreślają też, że choć większość ogromnego, liczonego w setkach milionów dolarów, budżetu Trybunału pochodzi z funduszy ONZ, to część pochodzi jednak od prywatnych donatorów, co stawia pod znakiem zapytania niezawisłość sądu.

Nie do końca wyjaśniona śmierć Miloševicia w areszcie do dziś jest wykorzystywana przez serbskich radykałów do podsycania teorii o antyserbskim spisku. Nie mogły tych opinii zmienić ostatnie decyzje Trybunału: w kwietniu 2008 roku uniewinniono z braku dowodów jednego z liderów UÇK, Ramusha Haradinaja (kilku świadków oskarżenia zginęło z rąk „nieznanych sprawców”, zanim zdążyli złożyć zeznania), a w czerwcu – Nasira Oricia z armii bośniackiej, który używał w czasie wojny w Bośni „stref bezpieczeństwa ONZ” jako baz wypadowych do rajdów na serbskie osiedla. Z drugiej jednak strony, farsę zaczyna przypominać proces jednego z najzagorzalszych serbskich nacjonalistów i warlordów, przywódcy Serbskiej Partii Radykalnej (SRS, ciesząca się ok. 30% poparcia) – Vojislava Šešelja. Zmienił on salę rozpraw w cyrk, np. wyśmiewając ceremonialne peruki sędziów i nazywając ich inkwizytorami. W przypadku spodziewanego procesu Karadžicia może być inaczej, ponieważ są ludzie (czasem ci, którzy już stanęli przez Trybunałem i usłyszeli wyroki), którym przyznano status świadka chronionego. Niektórzy z nich już złożyli zeznania w tzw. „sprawie Karadžicia–Mladicia”, pozostali zapewne uczynią tak samo.

Skoro jednak Trybunał zajął się tylko najbardziej znanymi, z górnej półki, zbrodniarzami, co z tysiącami pośledniejszych? Tymi zająć się miały sądy lokalne, a nie trybunał międzynarodowy. Ten swoisty eksperyment miał dać okazję do katharsis, do rozliczenia się z własną przeszłością. Z pewnością przyspieszyłoby to normalizację stosunków państw pojugosłowiańskich z europejskimi instytucjami integracyjnymi.

Tak się jednak nie stało. Każda ze stron przekonana była, że prowadziła wojnę słuszną i obronną. A w takiej wojnie, niejako ex definitione, przestępstw popełniać nie można (przekonanie to znalazło swoje odzwierciedlenie w stosownych podręcznikach szkolnych). Mało tego – ci, którzy walczyli w wojnie obronnej, w wojnie o ojczyznę, nie tylko nie mogą być zbrodniarzami, ale przeciwnie: są bohaterami. A jak można sądzić bohaterów? To przecież tak, jakby sądzono cały kraj. Protesty budziła nie tylko wizja przekazywania „bohaterów” pod jurysdykcję Trybunału w Hadze, ale również próby postawienia ich przed sądami krajowymi. Niejednokrotnie dochodziło do pobić, a nawet zabójstw „zdrajców” i „odszczepieńców”, którzy chcieli zeznawać w procesach bądź tylko kwestionowali oficjalną propagandę. W efekcie nawet Chorwacja, aspirująca wszak do „Europy”, aż do roku 2002 nie przekazała Hadze żadnego z podejrzanych o zbrodnie wojenne. Przeciwnie, tak przez Serbię, jak i przez Chorwację, przetaczały się demonstracje poparcia dla bohaterów wojennych, przyznawano im honorowe obywatelstwo miast, żyli otoczeni szacunkiem.

Źródeł tego zjawiska należy chyba szukać głębiej niż tylko w narodowych resentymentach z okresu konfliktów, towarzyszących rozpadowi Jugosławii. Właściwą przyczyną tego typu zachowań jest hipokryzja, nieodłączny element tego, co dziś modnie nazywane jest polityką historyczną. W Jugosławii marszałka Tito prawda historyczna była całkowicie podporządkowana polityce i wykreowanej przez nią legendzie, pełnej zafałszowań, przemilczeń i dogmatyzmu. W rezultacie upadek systemu musiał jednocześnie spowodować odrodzenie historycznie ukorzenionych uprzedzeń i powstanie nowych dogmatów, tyleż fałszywych, co trwałych.

Polityka i zbrodnia

Trudno nie zadać pytania: czy Radovan Karadžić naprawdę się ukrywał? Czy musiał się ukrywać? Wielu ekspertów, np. Zoran Pajić z King’s College of London czy James Lyon z International Crisis Group, uważa, że przez całe lata Serbia ostentacyjnie lekceważyła Trybunał, wiedząc, gdzie przebywają poszukiwani.

Wedle licznych relacji za schronienie służyły Karadžiciovi m.in. górskie monastery w Republice Serbskiej w Bośni, co akurat wydaje się wysoce prawdopodobne, zważywszy na postawę cerkwi serbskiej od dekad podsycającej nacjonalizm. Karadžicia widywano jednak także w jego domu w Pale, a ze słów jego syna wynikało, że podróżował po Austrii i Włoszech (z fałszywym chorwackim paszportem). W Belgradzie ukazywały się oficjalnie jego książki, a ostatecznie także on sam przemieszczał się po terytorium Serbii właściwej. Siły międzynarodowe nie podjęły wszakże zbyt intensywnych działań poszukiwawczych na terenie Bośni i Hercegowiny, być może uważając to za zbyt ryzykowne czy też, jak uważają niektórzy, być może nie chcąc. Podstawą takich domniemań są pogłoski o rzekomym tajnym porozumieniu, jakie z Karadžiciem zawarł Richard Holbrooke i w myśl którego Karadžić zyskał nietykalność w zamian za ustąpienie z urzędu prezydenta Republiki Serbskiej w 1996 roku. Jeśli pogłoski takie miałyby być prawdziwe, wywołałoby to trzęsienie ziemi w polityce międzynarodowej. Przypuszczać należy, że w tym kontekście proces Karadžicia w Hadze rzucić może nowe światło na kulisy podpisania porozumienia z Dayton.

Abstrahując od tego, na ile ukrywanie się Karadžicia było iluzją, sytuacja ta nie mogła trwać w nieskończoność. Około roku 2005 pętla wokół Karadžicia zaczęła się powoli zaciskać. Proces rozszerzania się NATO i Unii Europejskiej zaczął obejmować państwa Europy Środkowo-Wschodniej, a Serbowie z Republiki Serbskiej i Serbia zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, że bez pomocy ekonomicznej Zachodu znajdą się w bardzo trudnej sytuacji. W Serbii zmieniły się nastroje polityczne, zaczęło się też zmieniać nastawienie społeczeństwa coraz bardziej zmęczonego radykalizmami politycznymi i trudnościami ekonomicznymi. W wyborach prezydenckich w styczniu/lutym 2008 roku, najważniejszych wyborach od czasu grudniowych wyborów roku 2000, zwyciężył, przy jak dotąd rekordowo wysokiej w Serbii frekwencji (61% w pierwszej turze i 67% w drugiej), prozachodni Boris Tadžić. Te wybory były w istocie referendum: albo–albo. Albo nacjonalista Tomislav Nikolić i dalsza izolacja oraz zbliżenie z Rosją, albo Tadžić i demokratyzacja oraz zbliżenie z Zachodem. Wynik wcale nie był przesądzony – w pierwszej turze wygrał Nikolić. Tadžiciovi – którego Partia Demokratyczna (DS) od 2000 roku współrządzi Serbią – po ponad trzech miesiącach sporów i kłótni udało się stworzyć umiarkowaną koalicję, która zmierza do normalizacji stosunków z Zachodem. W jej skład weszły Partia Demokratyczna, Demokratyczna Partia Serbii i G17Plus. Wkrótce po powołaniu rządu Radovan Karadžić został aresztowany, co było wyraźnym sygnałem dla Zachodu, że Serbia chce współpracy. Trudno tu mówić o przypadku: na krótko przed aresztowaniem szefem serbskich służb specjalnych został zaufany człowiek Tadžicia, z kolei zatrzymany został były szef służb bezpieczeństwa bośniackich Serbów, współpracownik Karadžicia. Pozostaje pytanie, czy Karadžić i jego otoczenie dostrzegli gromadzące się nad nim czarne chmury, czy też może „uzdrowiciela” tak bardzo zaabsorbowało jego nowe emploi, że zapomniał, iż Milošević trafił do Hagi właśnie po przełomowych wyborach z grudnia 2000 roku, w których zwyciężyła koalicja partii demokratycznych.

Symptomatyczne dla zmian zachodzących w Serbii są też reakcje społeczne. Po zabójstwie w 2003 roku premiera-reformatora Zorana Đzinđzicia, zamordowanego przez nacjonalistów za „haniebną zdradę”, mieszkańcy Belgradu masowo wzięli udział w jego pogrzebie, natomiast aresztowanie Karadžicia spowodowało barwne (podpalono nawet ambasadę Stanów Zjednoczonych), ale krótkotrwałe awantury uliczne, wywołane przez relatywnie nielicznych nacjonalistów i rozpędzone przez zaledwie 150 policjantów.

Wydaje się jednak, że błędne byłoby założenie, iż Serbia i Serbowie obrali nagle kurs prozachodni i zapomnieli o urazach wobec Zachodu. Karadžić znalazł się w Hadze nie dlatego, że tego domagało się prawo, i nie dlatego, że był zbrodniarzem. Znalazł się tam, ponieważ wymagał tego polityczny pragmatyzm – podobnie jak wcześniej w przypadku Miloševicia. Rząd Tadžicia zrobił to, co prawdopodobnie mógł zrobić bez większych problemów każdy poprzedni rząd serbski. Brakowało tylko najważniejszego – woli politycznej. Ta pojawiła się, kiedy Serbowie zdali sobie sprawę z tego, że pozostawanie w izolacji oznacza skazywanie się na los Białorusi. A istotny warunek wyjścia z izolacji, przynajmniej ekonomicznej, postawiła Unia Europejska, uzależniając rozwój współpracy handlowej od postępów demokratyzacji i przestrzegania praw człowieka, a podpisanie Porozumienia ws. Stabilizacji i Stowarzyszenia (SAA) od współpracy z Trybunałem w Hadze. Nie przypadkiem więc rozpoczęcie negocjacji z Serbią w sprawie podpisania SAA (maj 2005 r.) zbiegło się w czasie z początkiem powolnego osaczania Karadžicia. Nie przypadkiem też negocjacje te zostały zawieszone (maj 2007 r.), kiedy UE doszła do wniosku, że Serbia niezbyt entuzjastycznie poszukuje ściganych przez MTK watażków. Choć to duże uogólnienie, można zaryzykować stwierdzenie, że ostatecznie to UE wysłała Karadžicia do Hagi. Zresztą minister spraw zagranicznych Serbii, Vuk Jeremić, ujął to nader lapidarnie: „Integracja europejska to nasz priorytet”. Dlatego właśnie na swoje placówki wrócili ambasadorowie Serbii, odwołani przez Belgrad w geście protestu po międzynarodowym uznaniu Kosowa, i dlatego prezydent Republiki Serbskiej trafił przed Trybunał, gdzie zapewne trafi również generał Mladić. I dlatego też przezabawnie zabrzmiał komunikat Białego Domu, zawierający podziękowania „tym, którzy przeprowadzili tę operację, za profesjonalizm i odwagę”.

Morał ze zbrodni

Co najmniej kilka wniosków płynie z tej historii. Po pierwsze, czy należy przenosić przepisy prawa karnego na poziom międzynarodowy, a jeżeli tak, to w jaki sposób? Czy nie zostanie to sprowadzone do cynicznej gry interesów, ze szczególnym uprzywilejowaniem interesów mocarstw, i czy nie stanie się instrumentem do politycznych manipulacji, zgodnie z zasadą vae victis? Czy zapisy Rozdziału VII Karty ONZ, na podstawie których powołano Trybunał dla byłej Jugosławii, stanowią wystarczającą legitymację? Z drugiej strony, w warunkach zmieniającego się ładu międzynarodowego, coraz bardziej przenikalnych granic, zmian zachodzących w zakresie suwerenności i wzrostu liczby podmiotów stosunków międzynarodowych może się okazać, że to właśnie instytucje międzynarodowe mogą zagwarantować respektowanie prawa, zwłaszcza w przypadku indolencji lub braku zaangażowania tradycyjnych podmiotów, tj. państw.

Po drugie, lekcja jugosłowiańska winna stać się przestrogą dla wszystkich, którzy ulegają pokusie posługiwania się polityką historyczną. Prowadzić to bowiem może do nieprzewidywalnych i z reguły bardzo dalekosiężnych konsekwencji. Sęk w tym, że pokusie tej nagminnie ulegają politycy, powszechnie działający w myśl zasady „cel uświęca środki”, a polityków w zasadzie nie da się skłonić do mówienia prawdy czy choćby jej poszukiwania. Tym bardziej należy zachować ostrożność, wsłuchując się w polityczną retorykę.

Po trzecie, konflikty jugosłowiańskie, a później przebieg procesów w Hadze, ukazały pewną prawidłowość, jak się okazało charakterystyczną dla ładu pozimnowojennego. Konwencjonalne wojny, toczone przez regularne armie kontrolowane przez państwa, ustąpiły miejsca tzw. „konfliktom niskiej intensywności”, czyli głównie wojnom domowym, toczonym przez jednostki paramilitarne, z reguły zdemoralizowane i często maskujące swój kryminalny charakter przy pomocy sloganów politycznych. Formacje paramilitarne i milicje stały się zjawiskiem tak powszechnym, że zaczęto wręcz nazywać je „specyficzną formą społeczeństwa obywatelskiego”. W niektórych rejonach, zwłaszcza w Afryce, stały się tak silne, że praktycznie doprowadziły do całkowitej dysfunkcjonalności organizmów państwowych (np. w Somalii czy Sierra Leone). Nie doszło do tego na obszarze byłej Jugosławii, niemniej stopień kryminalizacji życia polityczno-gospodarczego, zwłaszcza w Serbii, Macedonii, Bośni i Hercegowinie oraz w Kosowie, osiągnął w pewnym okresie bardzo niepokojące rozmiary. Dość powiedzieć, że dowódca serbskich służb specjalnych – „Czerwonych Beretów”, Milorad Luković aka Ulemek (pseudonim „Legija”), wywodził się z oddziałów paramilitarnych, jednocześnie był szefem jednego z największych gangów, a także, najprawdopodobniej, mocodawcą zamachu na premiera Đzinđzicia. Inny serbski warlord, Željko Ražnjatović (pseudonim „Arkan”), przed rozpadem Jugosławii zajmował się przemytem i innymi podejrzanymi interesami, później dowodził „Tygrysami”, wreszcie zginął w porachunkach mafijnych, umykając Trybunałowi. Z drugiej strony, w górach Kosowa Albańczycy ukrywają być może nawet 300 tysięcy sztuk broni. Mało prawdopodobne, by kiedykolwiek siły międzynarodowe zdołały tę broń odnaleźć.

Po czwarte wreszcie, last but not least, działalność Trybunału dla byłej Jugosławii ukazała po raz kolejny i w czysto ludzkim wymiarze, że zło jest w istocie swej banalne. Poza tradycyjnym i znanym skądinąd argumentem: „ja tylko wykonywałem rozkazy”, haskie procesy ujawniły też powtarzalny w gruncie rzeczy mechanizm narodzin „zwykłych zbrodniarzy”. Otóż zwykli ludzie, żyjący latami w zgodzie ze swoimi sąsiadami innej narodowości, często pochodzący z nizin społecznych, często słabo wykształceni, kiedy dostają do ręki broń i mają władzę nad ludzkim życiem, przechodzą metamorfozę i mordują bez litości, przy czym bardzo często ważną motywacją jest zwykła grabież. Znamienny jest np. przypadek Gorana Jelišicia, prostego mechanika, według świadków „miłego i uczciwego człowieka”, który w ciągu 18 dni maja 1992 roku zamordował ponad 100 osób, strzelając im w głowę. Robił to nad kratką studzienki ściekowej, gdyż nie lubił nieporządku. Miał wówczas 23 lata. Wyrok Trybunału: 40 lat więzienia.

Typowy dla wojny, zwłaszcza domowej, jest także mechanizm szybkiego promowania i nagradzania ludzi niekoniecznie wybitnych, ale za to lojalnych. Chorwacki kelner, Mirko Norac, w wieku 27 lat został generałem. Wyrok: 12 lat więzienia. Wyrok ten został wydany przez sąd chorwacki w 2003 roku, w wyniku silnej presji ze strony Trybunału i Unii Europejskiej.

Na ironię w końcu zakrawa fakt, że solidarność między narodami Jugosławii nadal istnieje – właśnie w areszcie Trybunału w Scheveningen. Wspomniany Jelišić wychwalał bardzo Esada Landžo za pomoc i koleżeńskość. W czasie wojny Esad miał podobno zwyczaj palenia serbskich jeńców żywcem. Został skazany na 15 lat więzienia. Ile należy się Karadžiciovi?

≻ • ≺

Pracę nad tekstem zakończono w październiku 2008 r.

Dr Jakub Olchowski jest pracownikiem Wydziału Politologii na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.