Znak graficzny IEŚW

Studia i Komentarze
Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej
nr 7

Czasopismo online Instytutu Europy Środkowo-Wschodniej

ISSN 1689-5762

Rok założenia: 2008

O podmiotowości w Unii Europejskiej

W opinii wpływowych badaczy metafora zaczerpnięta z Wesela Stanisława Wyspiańskiego stanowi dogodne narzędzie opisu kondycji Polski w ramach projektu europejskiego[1]. Upragniony „złoty róg” wyparty został dość niepostrzeżenie przez „czapkę z piór”, którą dopełniono dodatkowo „chocholim tańcem”, co w rezultacie określić można – nieco umownie – mianem hołdowania „niepolitycznej polityce”. Ta inspirująca konstatacja prowokuje do podjęcia próby weryfikacji śmiałej hipotezy o zaprzepaszczeniu możliwości odnowy polskiej podmiotowości na forum europejskim, jako „złotego rogu” współczesnej polityki światowej.

Wydaje się, iż aktualne uwikłanie debaty na temat polityki europejskiej Polski w nierozstrzygalne spory między „Oświeconymi” a „Sarmatami” – choć pasjonujące – przypomina zaklęty krąg dyskusji z przeszłości. Warto podjąć wyzwanie i spróbować wyjść poza tak zakreślone pole dialogu. Założeniem tej pracy jest konstatacja, iż atrybuty podmiotowości stały w centrum uwagi wszystkich decydentów w sprawach europejskich po przełomie 1989 r. Upatrywali oni jednak nadziei na ich pełną realizację w różnorodnych koncepcjach obecności państwa w stosunkach międzynarodowych. Racją dla tak zakreślonej hipotezy jest przeświadczenie, iż rozważania o podmiotowości nie powinny stać się narzędziem służącym wykluczaniu z grona luminarzy zdolnych do refleksji na temat racji stanu.

Czy pesymistyczna diagnoza o nieodzyskaniu własnej unikalnej tożsamości przez Polskę nie jest zbyt surowa? Wypada przecież zgodzić się z twierdzeniem, iż tzw. „realizm minimalistyczny” w polskiej polityce święci aktualnie swe niewątpliwe sukcesy[2]. Zajęcie fotela przewodniczącego Parlamentu Europejskiego wydaje się być wcieleniem „oświeconego egoizmu”, czyniąc tym samym zarzuty o „politycznym minimalizmie” dyskusyjnymi. Gremium to – szczególnie w dobie reformy traktatowej – postrzegane jest jako coraz bardziej istotne zastępcze pole rywalizacji interesów narodowych. Wiele racji kryje się w stwierdzeniu, że polskiego państwa nie stać na bycie „na trójkę z plusem”. Może zatem – dla realizacji tego ambitnego postulatu – warto porzucić historyczne kostiumy uprawiania dyplomacji, aby zostać „europejskim prymusem”, który z upodobaniem obsadza instytucje wspólnotowe? Odium bezrefleksyjności oraz braku dalekowzroczności może zostać złożone na ołtarzu początkowo efemerycznego sukcesu wizerunkowego, uzupełnionego jednak w dalszej kolejności o dość realny wpływ na instytucje europejskie. Być może tak musi wyglądać polski „minimalistyczny” styl „porywania Europy”?

Niezwykle celna wydaje się diagnoza, iż postrzeganie własnego państwa w kategoriach autonomicznego, wewnątrzsterownego bytu politycznego na scenie światowej jest stosunkowo nowym doświadczeniem dla Polaków. Naznaczona determinizmami droga do Unii Europejskiej, która w rezultacie doprowadziła do akcesji państwa, nie spowodowała przyspieszenia tego procesu. Pozwoliła jedynie – niejako „na kredyt” – zatriumfować paradygmatowi liberalnemu w polskiej polityce, który nakazuje pokładać zaufanie w instytucjach ponadnarodowych oraz „miękkim” portfolio polityki zagranicznej. Jednak piętnowanie nadmiernej „bojaźliwości” w zabieraniu głosu na wewnętrzne tematy Unii Europejskiej podczas negocjacji akcesyjnych Polski budzi pewne wątpliwości. Racjonalna wydaje się bowiem argumentacja, iż nadmiar enuncjacji w tym względzie potencjalnie mógłby bardziej podważać chwiejne equlibrium w łonie ówczesnych polskich koalicji rządowych, zmagających się z wypracowaniem wewnętrznego konsensusu na rzecz warunków i wizji przyszłego członkostwa w UE1, aniżeli wprawiać w zły nastrój „niemieckiego adwokata” Polski w procesie integracji europejskiej.

Niezwykle celna wydaje się diagnoza, iż postrzeganie własnego państwa w kategoriach autonomicznego, wewnątrzsterownego bytu politycznego na scenie światowej jest stosunkowo nowym doświadczeniem dla Polaków. Naznaczona determinizmami droga do Unii Europejskiej, która w rezultacie doprowadziła do akcesji państwa, nie spowodowała przyspieszenia tego procesu. Pozwoliła jedynie – niejako „na kredyt” – zatriumfować paradygmatowi liberalnemu w polskiej polityce, który nakazuje pokładać zaufanie w instytucjach ponadnarodowych oraz „miękkim” portfolio polityki zagranicznej. Jednak piętnowanie nadmiernej „bojaźliwości” w zabieraniu głosu na wewnętrzne tematy Unii Europejskiej podczas negocjacji akcesyjnych Polski budzi pewne wątpliwości. Racjonalna wydaje się bowiem argumentacja, iż nadmiar enuncjacji w tym względzie potencjalnie mógłby bardziej podważać chwiejne equlibrium w łonie ówczesnych polskich koalicji rządowych, zmagających się z wypracowaniem wewnętrznego konsensusu na rzecz warunków i wizji przyszłego członkostwa w UE[3], aniżeli wprawiać w zły nastrój „niemieckiego adwokata” Polski w procesie integracji europejskiej.

W istocie realistyczny koncept eksponujący naczelną rolę państwa narodowego w stosunkach międzynarodowych wydaje się przeżywać swój renesans na Starym Kontynencie. Co więcej, podmiotowość jako elementarna zdolność do uprawiania polityki pozostaje wciąż ważkim atrybutem państwa ze względu na naczelną rolę tzw. legitymizacji pośredniej projektu europejskiego. Wiodąca rola czynnika międzyrządowego, którego emanacją jest pozycja państw członkowskich jako „panów traktatów”, uwydatnia konieczność zachowania wpływu na rozwój integracji przez wszystkich jej uczestników. Zasadne wydają się bowiem opinie, iż potencjalnie Unia wyrodzić się może w inicjatywę niereprezentatywną dla obywateli tych państw, których „pozycja systemowa” oscylować będzie wokół marginesu. Dodatkowo interes ogólnoeuropejski wydaje się aktualnie obiektywnie nie występować, na plan pierwszy wysunięciu ulega jedynie 27 narracji o nim. Partykularyzmy traktowane są natomiast często jako bardziej prawomocne, aniżeli dobro wspólnotowe. Jednak podmiotowość zakłada pewną dozę odrębności i unikatowej tożsamości, którą trudno pogodzić z rozrostem współzależności. Czy zatem nie jest ona tylko swoistym postulatem skierowanym do rządzących, aby zbyt łatwo nie zapominali o interesie narodowym?

Strategia maksymalizacji podmiotowości – nieumiejętnie realizowana przez państwo funkcjonujące w ubiegłych stuleciach jedynie jako przedmiot polityki międzynarodowej – łatwo uzyskuje miano antyeuropejskiej. Nie ma polityki, która nic nie kosztuje – można by dodać. Jednak żegluga na własną, suwerenną rękę po niespokojnym oceanie polityki światowej przypomina mające długą metrykę „sny o potędze”. Polska szczyciła się tradycją uprawiania dyplomacji „jakby była mocarstwem” w okresie II Rzeczypospolitej[4]. Podmiotowe „boksowanie powyżej własnej wagi” w ostatnich latach doprowadziło jednak do rozczarowania oraz poczucia bezsilności. W istocie obserwowana aktualnie pochwała „minimalizmu” jest rezultatem pesymistycznej diagnozy odnośnie do stanu polskiej „władzy relacyjnej” oraz „władzy strukturalnej”[5]. Negatywna ocena instytucjonalnego przygotowania Polski do podmiotowej gry w Europie wydaje się być niestety bliska rzeczywistości[6]. Niedokończona transformacja ustrojowa w połączeniu z negocjacjami akcesyjnymi oraz pierwszymi latami członkostwa Polski w UE stanowią wymowną ilustrację tez Wallensteina o trwałości relacji centrum – peryferie. Swoistość polskiego położenia w ramach projektu europejskiego dopełnia geopolityczne zawieszenie kraju między rodzajem „posthistorycznego raju” Kanta a stanem natury według Hobbesa.

Zgodzić się należy z konstatacją, iż traktat lizboński nie jest dokumentem idealnym z polskiego punktu widzenia. Poprzez kontrowersyjny sposób dystrybucji siły głosów poszczególnych państw członkowskich w Radzie UE zapowiada trwałe obniżenie znaczenia najbardziej dla Polski prawdopodobnych koalicji. Jednak dlaczego rozważanie jego szybkiej ratyfikacji miałoby stanowić o bezrefleksyjnym adaptacjonizmie? A jeśli rzeczywiście o tym świadczy, to czy np. godzenie się na istotną asymetrię w relacjach polsko-amerykańskich nie jest powodowane analogicznym brakiem politycznej roztropności?

W tym sensie metaforyczne „porywanie Europy” jako zawłaszczanie polityzujących się w Europie współzależności raczej ustępuje pola próbom kulturowego jej „uwodzenia” poprzez czynnik soft power. Zastosowanie instrumentów z repertuaru „miękkiej polityki” nie musi oznaczać przy tym wywieszania „białej flagi”. Co więcej, przyjęcie koncepcji interesu narodowego umożliwiającej współpracę z partnerami europejskimi nie powinno implikować zarzutu o serwilizm. Faktem jest, iż zwiększenie ilości dziedzin integracji objętych metodą głosowania większością kwalifikowaną stawia na wokandzie problem polskiego potencjału sojuszniczego. Być może zatem dbałość o wizerunek nie jest „mazgajstwem”, a przemyślaną strategią, której zaniedbywanie potencjalnie mogłoby być dla Polski niekorzystne?

Zgodzić się należy z konstatacją, iż traktat lizboński nie jest dokumentem idealnym z polskiego punktu widzenia. Poprzez kontrowersyjny sposób dystrybucji siły głosów poszczególnych państw członkowskich w Radzie UE zapowiada trwałe obniżenie znaczenia najbardziej dla Polski prawdopodobnych koalicji. Jednak dlaczego rozważanie jego szybkiej ratyfikacji miałoby stanowić o bezrefleksyjnym adaptacjonizmie? A jeśli rzeczywiście o tym świadczy, to czy np. godzenie się na istotną asymetrię w relacjach polsko-amerykańskich nie jest powodowane analogicznym brakiem politycznej roztropności?

Wypada zauważyć, że Polska w okresie negocjacji traktatu zasiadała przy stole rokowań jako pełnoprawne państwo członkowskie UE. Co więcej, całość ówczesnej polskiej egzekutywy znajdowała się w gestii formacji awizującej szczególną dbałość o zabezpieczenie polskiej racji stanu. Należy przyznać, iż aktualne unikanie stosowania nacisków na naród irlandzki, by szybko dołączył do grona tych, które przyjęły dokument, pozostaje ważnym gestem solidarności. Jednak uzależnianie ratyfikacji traktatu lizbońskiego od orzeczenia sądu konstytucyjnego innego państwa członkowskiego UE oraz decyzji referendalnej innego narodu europejskiego wydaje się być rodzajem ponowoczesnego rozumienia pojęcia suwerenności, które nie przystaje do celebrowania interesu narodowego na miarę paradygmatu westfalskiego. Wydaje się też, iż ratyfikacja traktatu, który negocjowano przy wydatnym udziale Polski, wpisywałaby się w konstytutywną dla Unii zasadę lojalnej współpracy. Należy zgodzić się ze stwierdziłem, że sprawa przyjęcia tego dokumentu nie powinna stanowić okazji do zademonstrowania naiwnej „proeuropejskości”. Jednak prezentowanie pryncypialności w odniesieniu do kolejności oraz szybkości tego procesu przydaje argumentów tym, którzy chcieliby widzieć w Polsce „hamulcowego” integracji.

Postrzeganie Unii jako idealnego punktu odniesienia, który warto imitować, powoduje często rozczarowanie wywołane poczuciem zaprzepaszczenia możliwości jej współkształtowania. Awizowane jako niepoważne i wpisujące się w obraz „Polski zdziecinniałej” bycie „europejskim prymusem” w niektórych dziedzinach jednak mogłoby przynieść pozytywne rezultaty. Nie bez znaczenia dla polskiej podmiotowości jest fakt, iż to nie Polska znajduje się we forpoczcie europejskiej innowacyjności. W istocie pozycja państwa w systemie integracji europejskiej wydaje się realizować we wszystkich obszarach integracji, nie ograniczając się jedynie do kwestii prestiżowych, symbolicznych oraz związanych bezpośrednio z interesem narodowym.

Należy zauważyć, iż jednym z istotniejszych sukcesów polskiej polityki europejskiej po 2004 r. stało się wymuszenie solidarności partnerów europejskich na szczycie UE – Federacja Rosyjska w Samarze. Można jednak zastanowić się, na ile to preferencje Polski przyczyniły się do ewolucji polityki wschodniej UE, a na ile doprowadził do tego sam Kreml poprzez swoją asertywność w polityce międzynarodowej. Ważnym dla Polskim osiągnięciem był również rezultat negocjacji budżetowych na lata 2007-2013. Warto zaznaczyć, iż w obu tych przypadkach narzędziem uzyskiwania pożądanego kształtu polityki europejskiej stało się weto lub groźba jego zastosowania ze strony Warszawy. Taki stan rzeczy podkreśla rolę utrzymywania konstruktywnego dystansu wobec „głównego nurtu integracji”, czego emanacją winien pozostawać brak przyzwolenia na inicjatywy niekorzystne z punktu widzenia interesów Polski oraz Europy. Jednak nadmiar nieuzasadnionego krytycyzmu każe postrzegać polską podmiotowość w UE jako swoiste votum separatum, co potencjalnie wiedzie na obrzeża projektu europejskiego. Oznacza zarazem marginalizację państwa, które zmuszone jest funkcjonować obok wielkich debat europejskich. Jest to dość ryzykowny program, zwłaszcza że to nie swoista splendid isolation pozwoliła Polsce uzyskać satysfakcjonujące regulacje w ramach pakietu klimatyczno-energetycznego.

Z punktu widzenia pozycji Polski w projekcie europejskim na uwagę zasługuje ponadto rola osławionych „brygad Mariotta”, które pomagają programować zadania polskiej prezydencji w Radzie UE w 2011 r. Rację należy przyznać tym, którzy twierdzą, iż wsłuchiwanie się w interesy innych uczestników integracji nie powinno zasadniczo stanowić ujmy dla polskiej tożsamości w świecie współzależności. Co więcej, postawa ta wskazywać może interesujący sposób na wyrywanie się z zaklętego kręgu niekończących się debat na temat polityki zagranicznej, uwarunkowanych często sporami o historyczno-prestiżowej proweniencji. Bezsporne jest natomiast, iż nie należy bagatelizować bezkrytycznego przyjmowania rad udzielanych przez europejskich ekspertów. Ze względu na większe zaufanie, jakim Polacy darzą zachodnie ośrodki opiniotwórcze, aniżeli instytucje polskie, gotowość do przedkładania zagranicznych sugestii ponad ekspertyzy krajowe warto postrzegać z dystansem. Słusznych wątpliwości w tej materii nie należy przy tym utożsamiać ze źle pojętym anachronizmem. Jednak znakiem czasu wydaje się być odchodzenie w przeszłość tradycyjnych narzędzi formułowania i uprawiania polityki na rzecz bardziej nowoczesnych sposobów artykułowania interesu narodowego. Być może chodzi w tej kwestii o prowadzenie analiz, na które polskiego państwa z różnych względów nie stać?

Z punktu widzenia pozycji Polski w projekcie europejskim na uwagę zasługuje ponadto rola osławionych „brygad Mariotta”, które pomagają programować zadania polskiej prezydencji w Radzie UE w 2011 r. Rację należy przyznać tym, którzy twierdzą, iż wsłuchiwanie się w interesy innych uczestników integracji nie powinno zasadniczo stanowić ujmy dla polskiej tożsamości w świecie współzależności. Co więcej, postawa ta wskazywać może interesujący sposób na wyrywanie się z zaklętego kręgu niekończących się debat na temat polityki zagranicznej, uwarunkowanych często sporami o historyczno-prestiżowej proweniencji. Bezsporne jest natomiast, iż nie należy bagatelizować bezkrytycznego przyjmowania rad udzielanych przez europejskich ekspertów. Ze względu na większe zaufanie, jakim Polacy darzą zachodnie ośrodki opiniotwórcze, aniżeli instytucje polskie, gotowość do przedkładania zagranicznych sugestii ponad ekspertyzy krajowe warto postrzegać z dystansem. Słusznych wątpliwości w tej materii nie należy przy tym utożsamiać ze źle pojętym anachronizmem. Jednak znakiem czasu wydaje się być odchodzenie w przeszłość tradycyjnych narzędzi formułowania i uprawiania polityki na rzecz bardziej nowoczesnych sposobów artykułowania interesu narodowego. Być może chodzi w tej kwestii o prowadzenie analiz, na które polskiego państwa z różnych względów nie stać?

Warto zauważyć, iż polska podmiotowość nie wydaje się wyczerpywać w konstatacji o obowiązku jej podwyższania. Problem ten przewija się m.in. w debacie na temat konkretnych sposobów wprowadzania polskiej agendy na forum Unii Europejskiej, co podkreśla konieczność dokonywania właściwych wyborów w przedmiocie ewentualnych sojuszników. Wiele racji kryje się w stwierdzeniu, iż pokładanie nadziei we współpracy np. z państwem niemieckim na forum europejskim okazuje się do pewnego stopnia rozczarowujące. Nie jest najwyraźniej opłacalne pełnienie roli „młodszego brata” Niemiec w polityce europejskiej, gdyż pięciolecie członkostwa Polski w UE raczej wskazuje na brak zainteresowania Berlina znaczącym podwyższeniem „pozycji systemowej” Warszawy w ramach integracji.

Zgodzić się też wypada z konstatacją, iż hołdowanie tzw. podejściu „suwerennistycznemu” w polityce europejskiej jest do pewnego stopnia niesłusznie traktowane jako nieuzasadnione. Postulaty „posthistorycznego raju” powoli zostają unieważniane poprzez powrót do myślenia w kategoriach geopolitycznych na Starym Kontynencie, czego emanacją pozostaje m.in. sprawa bezpieczeństwa energetycznego. Proponowane wzmacnianie struktur państwowych wydaje się być zasadnie postrzegane jako remedium na zaostrzającą się rywalizację międzynarodową. Jednak czy Polska samoistnie jest w stanie skonsolidować państwowość, by wydobyć się ze stanu półperyferyjnego? Otwarta pozostaje również kwestia, czy nadrabianie „niedoczasu” musi przyjmować strategię budowy barier między Polską a integracją europejską, czego symbolem jest przyjęcie zastrzeżeń brytyjskich do Karty Praw Podstawowych UE (nota bene do rozdziału zatytułowanego „Solidarność”). Na tym tle rysują się zasadnicze wątpliwości, co do skuteczności tak pojmowanych działań „państwotwórczych”, które dodatkowo najwyraźniej w niewielkim stopniu osłaniają Polskę przez słusznie kontestowanym europejskim permisywizmem. Być może – zatem – w przypadku ekscepcji od Karty Praw Podstawowych UE chodzi jedynie o – dość niezręczną – manifestację światopoglądową skierowaną do konserwatywnego wyborcy?

Swoistość polskiego położenia wydaje się polegać na fakcie, iż proces integracji europejskiej – postrzegany jako pożądany „wehikuł” modernizacji państwa – jednocześnie redefiniuje sposób wykonywana podmiotowości przez państwo w stosunkach międzynarodowych, czyniąc jego realizację zadaniem bardziej złożonym. Znaczenie wszelkich historiozoficznych ambicji schodzi zatem w tym względzie na dalszy plan, zwłaszcza w obliczu obaw o utratę sterowności w ramach projektu europejskiego. W tym sensie podejście „minimalistyczne” wydaje się zgłaszać akces do umiarkowanej partycypacji we władzy europejskiego centrum, nie odwracając się tym samym doń plecami w myśl koncepcji „suwerennistycznej”.

Pesymistyczne z punktu widzenia polskiej podmiotowości jest jednak stawianie pod znakiem zapytania projektów pogłębienia integracji. Obecnie obowiązująca tzw. „odwrócona piramida federalna” Unii wymaga od państw ją formujących istotnych pokładów tradycyjnie pojmowanej siły[7]. Jednak czy taka Europa jest w istocie solidarna? Czy nie stanowi jedynie „Europy minimum”, gdzie w ramach negocjacji międzyrządowych polski potencjał doznaje „relatywizacji” w konfrontacji z zasobami państw „Starej Europy”? Należy zgodzić się ze stanowiskiem, iż przedkładanie międzypaństwowej gry w ramach relacji europejskich w połączeniu z nadzieją na jej częściowe samoograniczanie w imię politycznej roztropności bliskie jest myśleniu życzeniowemu. Czy doraźne kalkulacje polityczne w istocie nie biorą często góry nad rzetelnym namysłem w Europie? Unikalność polskiego doświadczenia każe przypuszczać, iż „jakieś formy samoograniczenia” to zdecydowanie zbyt mało, by przezwyciężyć fatalizm rodzimego położenia geopolitycznego. Integracja tymczasem daje sposobność do ochrony interesów narodowych w sposób wychodzący poza tradycyjne uwarunkowania geopolityczne. Czy rezultatem ambitnej, podmiotowej polityki europejskiej Polski ma być wobec powyższego przyzwolenie na utrzymanie Europy w stadium dość efemerycznego rozwoju m.in. ze względu na obawy przez niemądrym supranacjonalizmem?

Wydaje się, iż jednym z najistotniejszych czynników sprzyjających polskiej podmiotowości w UE jest działalność instytucji wspólnotowych, które promują równomierny rozkład korzyści oraz kosztów integracji. Należy zauważyć, że w ujęciu historycznym suwerenność Polski ulegała ograniczaniu najczęściej poprzez nadmierne celebrowanie znaczenia największych państw europejskich w obrębie klasycznego modelu stosunków międzyrządowych. W tym sensie istotnym mankamentem swoistego rodzaju konfederacji państw narodowych na Starym Kontynencie pozostaje spór między ich interesami, blokujący rozwój instytucji reprezentujących interes ogólnoeuropejski. Warto zastanowić się, czy Europa międzyrządowa, która podejmuje decyzje na zasadzie jednomyślności, rzeczywiście uchroni Polskę przed ewentualnym zmajoryzowaniem ze strony nadciągającego z Zachodu „miękkiego” Imperium, a tym bardziej uruchomi pokłady niezbędnej solidarności dla sprostania wyzwaniom napływającym ze Wschodu[8]?

Nietrudne wydaje się dyktowanie warunków zgodnie z interesem narodowym, prezentując przy tym ambiwalencję wobec procesu integracji. W istocie o wiele ambitniejszym zadaniem – na miarę polskiej podmiotowości w UE – jest wykazywanie determinacji w pogłębianiu projektu europejskiego, co oznacza swoisty amalgamat orientacji otwarcie „prointegracyjnej” wraz z odważną obroną racji stanu. Polska wersja „końca Historii” nie musi polegać na bezrefleksyjnym podporządkowaniu, ale raczej na rozumnym oddziaływaniu na integrację w granicach istniejących możliwości. Aktualne w tym względzie wydają się być słowa Bartłomieja Sienkiewicza[9]: „Jeśli chcemy w przyszłości prowadzić skuteczną politykę, która nie stwarza poczucia rozgoryczenia i bezradności, to musimy określić nasze realne możliwości”.

Przypisy

  1. M. A. Cichocki, D. Karłowicz, Wstęp. Jamnik na weselu, „Teologia Polityczna”, 2009-2010, nr 5.
  2. M. A. Cichocki, Polskie strategie w Europie, „Teologia Polityczna”, http://www.teologiapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1542&Itemid=130 – dostęp 06.08.2009.
  3. W opinii ekspertów eurosceptyczny komponent koalicji rządowych odpowiadających wówczas za negocjacje akcesyjne (AWS-UW, SLD-UP-PSL) miał istotne znaczenie.
  4. Przeklęte miejsce Europy? Dylematy polskiej geopolityki, red. J. Kloczkowski, Kraków 2009.
  5. T. G. Grosse, Europa na rozdrożu, Warszawa 2008.
  6. R. Matyja, Państwo czyli kłopot, Kraków 2009.
  7. K. Szczerski, Dynamika systemu europejskiego. Rozważania o nowym kształcie polityki w Unii Europejskiej, Kraków 2008.
  8. J. Zielonka, Europa jako Imperium. Nowe spojrzenie na Unię Europejską, Warszawa 2007.
  9. B. Sienkiewicz, Pochwała minimalizmu, „Tygodnik Powszechny”, 24-31 grudnia 2000.

≻ • ≺

Pracę nad tekstem zakończono we wrześniu 2009 r.

Artur Niedźwiecki – doktorant, Wydział Studiów Międzynarodowych i Politologicznych, Uniwersytet Łódzki